Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
No i – w końcu nadszedł dzień – w którym podniosła się spódnica – a opadło co innego. Bo w końcu każda spódnica się podnosi – a cała reszta zawsze kiedyś opada. Inne spódnice pewnie nie pomogą. „Święty Boże” również nie pomoże. Nadszedł odpływ. Plaża się oczyszcza.
Gdyby nie wiele tragicznych wydarzeń – i ludzkich dramatów, które poprzedziły ten wiekopomny stan „cofki” – można by dziś otwierać szampana – i powinien być naprawdę odpowiedniej jakości. To godna okazja, kiedy menda idzie w końcu w odstawkę – wielu udręczonych ludzi czeka na taki dzień.
Lady z wypiekami na twarzy przegląda ścianę fejzbukową swojego ulubieńca i nagły / niespodziewany spadek entuzjazmu wielbicieli naszego cesarza, który dawał im zarobić. Kto mu lajkował i komentował – mógł liczyć na dobry kawałek tortu z państwowych pieniędzy – konferansjerka, reżyseria, artykulik, jakiś koncert kameralny, współpraca – albo gościnne występy dla członka rodziny… itd. itp. Opłacało się, nawet jeśli rozsądek podpowiadał, że coś tu przecież musi być na rzeczy, skoro desperat „sam siebie dyma”.
Mogłoby się nawet wydawać, że ta cała kariera jest mu potrzebna tylko po to, aby zebrać lajki i serduszka na fejzbuku… Podmiot liryczny sam inicjował akcje poparcia dla siebie samego – kto ciekawy, niech zerknie tu i ówdzie, warto, jako żywo!
Nie dość, że nasz bohater uwielbia samojebki (czyli, jak podpowiada słownik języka polskiego – „zdjęcia robione samemu sobie”) – i namiętnie wrzuca swoje autoportrety i „cenne” przemyślenia, nie szczędzi swoim folołersom także inwokacji, modlitw i cytatów – nie tylko muzycznych ale także innego autoramentu. Jako kropką, każdy z postów okrasza „lajkiem dla samego siebie” – słabostka nad wyraz warta podkreślenia i wiele mówiąca o naszym gwiazdorze… Widać, że wirtualna rzeczywistość pociąga go nieodparcie, że czuje się w niej przy tym jak ryba w wodzie – mało tego – używa jej aktywnie nawet podczas pracy – do produkowania pudrowanego wizerunku, który w oczach większości ludzi, których zatrudnia, kompletnie nie istnieje. Na ściance króla nie widać pochwał i entuzjazmu jego całej (byłej już na szczęście!) załogi – obecni tam są wyłącznie jego nieliczni, acz gorliwi apologeci, czyhający na resztki po nagim cesarzu i kolegach nie oświeconych jego łaską, lub na apanaże – które w przyszłości będą wstydliwą pamiątką upadku lizusów.
Krewni i znajomi Królika donoszą, iż niektórzy z inkryminowanych cmokierów, niezwłocznie po rozpoznaniu sytuacji, szybciutko zakładali swoje konta na socjalach, tylko po to, aby przyklaskiwać faworytowi na gorąco. Było warto – bo jak diabły z przysłowiowego pudełka nicości, wskakiwali od razu na scenę. Ci zaś, którzy z boku obserwowali bieg wydarzeń – w końcu zaakceptowali, że może niczego nie słyszą, nie widzą i nie rozumieją – i że pewnie tylko im się wydaje, że „nowy dwór króla” jest mało interesujący – skoro sam król UbuDubu wydaje się nieusuwalny i zajmuje stolec bez końca, przy – wydaje się – bezmiernej akceptacji zarządców politycznych.
Patrząc na bezsilność podeptanych i pogardzanych podwładnych – piszących pisma „na Berdyczów” bez końca i bez najmniejszego efektu – należało wszak przyjąć, że nadeszły czasy blaszanych bębenków w rękach karłów – i że już nic dobrego się nie wydarzy.
Wstydźcie się, „głupcy, którzyście wynieśli bydlę na piedestał”. Nigdy nie powinniście dostać głosu.
Ale jednak wreszcie ruszył walec – powolny, lecz – na co Lady ma nadzieję – efektywny i sprawiedliwy. Na horyzoncie widać zmianę!
I tylko nie mówcie Lady, że aby pogonić królów UbuDubu potrzeba takich strasznych ofiar. Jest ich wiele – niektórzy stracili pracę – inni swoje zdrowie, lub życie. Ale przyjmijcie od nich potężną lekcję odwagi, której udzielili tym wszystkim, którzy zamilkli ze strachu. Wspomnijcie Ich, oraz ich ciężką pracę – z wdzięcznością.

Dodaj komentarz