Wasza Lady postanowiła do Was wrócić: czas trochę naoliwić zabawki, żeby nie zardzewiały – bo fale morza absurdu powoli zniszczą nawet nieugiętą wolę, jeśli się jej czasem nie weźmie na spacer.
Wyobraźcie sobie ekskluzywny „salon do specjalnych procedur”, w centrum dużego miasta – z czerwonymi zasłonami, kryształowymi żyrandolami, lustrzanymi ścianami i… ariami Pucciniego w tle. Klientów mu nie brak, bo tradycja i pieniądze się zgadzają. Są też duże emocje i apetyty na przekraczanie granic absurdu… jak to w takim przybytku. Bo przecież gdzie lepiej przetestować granice wszelkiej wytrzymałości, niż w operowym blichtrze, z przytupem, wielką orkiestrą, chórem i iście watykańską fasadą? Nie ukrywajmy: to miejsce tajemniczych powiązań, gdzie każdy spektakl to efekt wielu branżowych mechanizmów – niezrozumiałych dla laików – lecz nadmuchujących balony ich ego jak wysoce funkcjonalna dmuchawa analna. Ale kulisy – to już istna lekcja przetrwania dla personelu.
Na tronie króluje bezsprzecznie atrakcyjna „Pani” – jak okładka luksusowego magazynu. Ma nawet nagrody z festiwali branżowych! Co prawda, znawcy branży patrzą na nie jak na egzotyczne zabawki z sex-shopu – „ładne, błyszczące, ale do czego to właściwie służy?”. Ale one są – i spoglądają z gablot, od razu uginając kolana ewentualnych pretendentów do przejęcia władzy. Bo „Pani” wie, jak uginać różne kolana, ma doświadczenie i dobrą kartę efektywności w tej kwestii. A jak aspiranci klęczą, to już po władzę nie przyjdą, bo na klęczkach nie da się przecież „chodzić po władzę”…
Patrząc na nasz ulubiony salon – wydaje się, że czasy umiłowania niesłusznych papieży osiągnęły swój zenit – i Lady uważa, że na zmiany nadszedł najwyższy czas…
Kiedy „Pani” ma humor, przybytek wydaje owoce – wszyscy tańczą do jej rytmu, a arie towarzyszą wszystkim jej rytuałom – i płyną niczym miód z ust anielskich chórów. Ale gdy humorek szefowej nie dopisuje… och, wtedy zaczyna się prawdziwa ścieżka zdrowia dla pracowników przybytku. „Pani” używa pełnego asortymentu pogardy, dyscyplin, batów, pejczy i innych narzędzi nacisku – szafa się otwiera, a atmosfera gęstnieje jak lubrykanty w zimnej piwnicy.
Pytanie brzmi: czy taki „spektakl” naprawdę podnieca, czy może tylko buduje fasadę tego „miejsca wyjątkowych doznań”? Bo goście płacący za bilety wstępu dostają… cóż, czasem nie takie emocje, jakich by oczekiwali.
Na razie to nic nie szkodzi – bo wyobraźmy sobie hipotetycznie: co, jeśli nad wszystkim czuwa życzliwy „Pani”nadzorca całego centrum rozrywki? I oboje mają nie tylko wspólne zainteresowania, ale i wspólne sekrety?… Wtedy nic nie ma znaczenia – i choćby skały srały, póki oboje są przy władzy – nic się nie zmieni. Prawda prawdą – ale goła dupa w krzakach to swoisty wróbelek w garści – znacznie lepszy niż kanarek na dachu. Jednak… ludzie marzą o zmianach i nie rozumieją, dlaczego nie da się posprzątać tej stajni Augiasza. A gdy pojawia się intrygujący kandydat na Kanarka Terapeutycznego – pokazuje mu się ową gołą dupę w wersji uwznioślonej i niepodważalnej. Czy będzie miał dość samozaparcia, żeby jeszcze wrócić…?
Szanowni Panowie i Panie: może jednak warto posprzątać ten przybytek? Bo coraz bardziej zaczyna śmierdzieć szambem, zgnilizną i totalnym bezsensem – a nawet najbardziej hardkorowi klienci mają swoje granice.
Tak czy inaczej, jeśli szukacie adrenaliny – zapraszamy na seanse – przybytek działa i fasada się trzyma. Tylko pamiętajcie: słowa bezpieczeństwa to „związki zawodowe”. Ale wyjścia ewakuacyjnego jeszcze nikt nie znalazł…
Drodzy Moi Kochani Czytelnicy, Przygotujcie się na jazdę bez trzymanki, bo Wasza Lady zabiera Was na wycieczkę do miejsca, które jest jak połączenie domu strachów w lunaparku obwoźnym z kabaretem na kółkach! Zapraszam do ekskluzywnego sanatorium dla duszy i nerwów, gdzieś w sercu tej części Europy, gdzie dramat miesza się z groteską, a stres jest w cenie biletu do teatru.
Mowa o pewnym kameralnym przybytku operowym, gdzie na wielkim tronie, który zdaje się wypełniać większość jego przestrzeni, zasiada nie kto inny, jak sama Czarna Madonna Polskiej Estrady, Matka Miłosierdzia dla swoich pupili i Czarna Mamba dla całej reszty, co to się nie załapała na łaski Matki Najczarniejszej. To „poważna artystka” – i tak wielka, że głowa mała.
Ale prawdziwe serce szefowej – jak plotka niesie – bije w rytmie disco polo z odpustu w Pcimiu Dolnym. Pod czarnym tiulem, tak uwielbianym przez Mambę, nasza bohaterka nosi seksowne majteczki w kropeczki…
W mediach nasza diwa to uosobienie słodyczy i miłosierdzia, ale za kulisami, jak szepczą wtajemniczeni, jej „śpiew” brzmi jak ryk piły łańcuchowej zmiksowany z psim ujadaniem. A po zmroku? O, moi Drodzy, na to spuśćmy zasłonę milczenia, bo nawet Wasza Lady ma swoje granice przyzwoitości. Plotka głosi, że jej rządy to emocjonalny Zombi-Szoł, przy którym nawet najbardziej dramatyczne opery wypadają jak kołysanki dla przedszkolaczków.
Jej teatr to nie scena, a istne panopticum osobliwe! Mozart? Toż to nuda i drugi plan! Prawdziwy spektakl rozgrywa się za kulisami, gdzie – jak donoszą byli pracownicy – karetki jeżdżą częściej niż tramwaje w godzinach szczytu, a psychiatra ma więcej roboty niż dyrygent na premierze. Opowieści o mobbingu, wyzwiskach, chaosie i SMS-ach od szefowej o trzeciej nad ranem to codzienność. Bo przecież „służba nie drużba”, a urlop? Zapomnijcie! U Czarnej Mamby wypoczynek pracowniczy to raczej „wypocinek” – najlepiej z telefonem przy uchu i radosnym paciorkiem na ustach, bo przecież zdesperowanym pozostaje już tylko modlić się całą dobę.
Spotkanie z „perfekcjonizmem Najczarniejszej Carycy” to przeżycie, po którym jedni śnią o niej po nocach – i nie, to nie są sny z kategorii „och, ach”, choć też bywają wilgotne (od łez…). Inni śnią wprost na oddziale szpitalnym, bo nerwy puszczają jak stare gumki w majtkach bez kropeczek. Mobbing? Ależ skąd! To tylko „wymagające środowisko artystyczne”. Przecież u prawdziwego artysty talent to nie jest najważniejsza kwestia: przede wszystkim powinien mieć dupę z betonu, uśmiech z reklamy pasty do zębów i bałwochwalczą gotowość do „ścieżki rozwoju duchowego” w postaci kopniaków. Najlepiej ze „Zdrowaś Mario” na ustach, żeby było bardziej klimatycznie.
Jak się domyślacie – w mikroteatrze z wielkim tronem mamy pewną „rotację pracowników”… Księga maili ze zwolnieniami ponoć liczy więcej stron niż „Wojna i Pokój”. To nie teatr, to casting do programu „Nieustraszeni – edycja ekstremalna”, tylko zamiast karaluchów w wannie masz inne „atrakcje”.
Nasza bohaterka, oczywiście, twierdzi, że to nie jej wina, że ludzie mają zero predyspozycji do pracy w „wymagającym środowisku”. Bo przecież prawdziwy artysta to ten, co zniesie fochy carycy, będzie wylewnie okazywał ciepłe uczucia wobec organizatora i wytrzyma kilka wycieczek na SOR bez mrugnięcia okiem. Talent? A po co? Znacznie ważniejszy jest certyfikat odporności na humory Czarnej Madonny i najwyższego posłuszeństwa!
A propos wyniesienia na tron – pewna wpływowa persona, taki „przyjaciel od serca”, nazwała ją „klejnotem”. I faktycznie, klejnot to błyszczący, bo diwa nie tylko sięga po dotacje i granty, ale i – na nieszczęście Bogu ducha winnych widzów – po występy w telewizji. Modlitwa to jedyne, co może uratować słuchaczy przed tą „ścieżką zdrowia”. Najlepiej o cud, bo inaczej uszy zwiędną, a oczy same się zamkną.
W mediach popkulturowych to gwiazda pełną gębą – występuje, przekonuje, że zna się na sztuce, choć w środowisku już dawno straciła powagę. Tron dyrektorski miał jej dodać splendoru, ale działa jakoś na odwrót, więc może dlatego złapała za nahajkę? Zamiast autorytetu osobistego mamy tandetne występy, odpust kolędowy i konferansjerkę, po której nawet mikrofon chce się wyłączyć. A za drzwiami gabinetu? Jak donoszą pewne „wiewiórki” – wampirze rządy, które mogłyby inspirować horrory.
No i wisienka na torcie, ulubiona przez Lady pobożność na pokaz: tokuje o Bogu, miłości i rodzinie, jakby połknęła różaniec razem z całym chórem kościelnym. W mediach – uśmiech jak z obrazka świntego, serdeczność i świętojebliwość, a we własnym teatrze, jak niesie wieść „gminna” – żeby nie było nudy – groźby, wyzwiska, chaos i publiczne upokorzenia. Jak donoszą ci, co przetrwali, to istne „niszczenie zdrowia psychicznego podwładnych”. Cymesik, jak na fankę nowenn i koronek do miłosierdzia! Artystom oferuje nie tylko scenę, ale i dodatkowe atrakcje – jak w klasztorze, tylko zamiast ciszy i śpiewów gregoriańskich słychać wrzaski i trzaskanie drzwiami.
Drodzy Moi, jeśli marzycie o pracy pełnej patosu, dramatu, łez i nieustającego napięcia – aplikujcie do tej instytucji! Ale pamiętajcie: przed Czarną Mambą nawet Kleopatra zwiałaby przez okno, zostawiając sandały na scenie. Wasza Lady radzi: pomódlcie się o lepszą robotę, bo tu nawet święci nie wytrzymują! A na koniec info od krewnych i znajomych królika – nasza Czarna Madonna Estrady idzie jak burza – teraz będzie globalnie wypływać na szerokie wody. Lady uważa, że jeśli mowa o wodzie, to solidny prysznic by się tu przydał albo wiadro zimnej wody na pałę – szczególnie dla tych, co stracili umiar w kwestii eskalacji groteski poza granice absurdu. Olaboga!!! O Jezu, miej nas w opiece!
Cześć, Kochani! Przygotujcie chusteczki, bo dziś będzie ryk ze śmiechu, aż sąsiedzi zaczną pukać w ściany!
Mamy na tapecie szołbiznes na całego, a nasz gwiazdor, pewien Złoty Król instytucji karmionej z publicznej kieszeni, człek bogobojny i przyzwoity, ale z apetytem na klikbajty większym niż by wypadało, jak to na króla przystało – postanowił wystąpić z takim przytupem, że rajtki spadają! Pokazał nam prawie wszystko!
Czujecie ten dreszczyk, zaiste – jakbyście oglądali „Magię nagości”, tylko zamiast gołej dupy mamy… szczegółowy opis wizyty u urologa?!
Tuż pod zdjęciem nowego papieża, nasz gwiazdor opublikował całą scenkę rodzajową – którą można by nazwać „5 minut, które zmieniło wszystko”. Wiadomo z niej, że Słońce Narodu nie tylko posiada prostatę – ale i pełną wydolność tejże. Niestety – nie ma obrazków z instrukcją i pouczeniem „co z tym zrobić”, nie ma też ilustracji muzycznej w postaci fragmentu kantaty Bacha – a to Lady lubi w publikacjach naszego Słoneczka najbardziej… Nie, to nie jest zwykły ekshibicjonizm, to Sztuka przez wielkie „S” – Sztuka Obnażania Siebie, prezent dla folołersów, godny supermaliny za najbardziej żenujący performans roku!
Wyobraźcie sobie: nasz bohater, niczym niespełniony biskup – a może nawet papież – nie bójmy się marzeń! – co to śni o tłumach całujących go po pierścieniach, zamawia sobie mszę za samego siebie – nie żaden zwykły tort od Magdy Gessler, tylko mszę – z okazji jubileuszu swojej „artystycznej kariery”. Bo przecież zwykłe świeczki to dla niego nie dość, trzeba od razu lecieć z wielkim kropidłem i chórem anielskim, żeby cały świat padł na kolana i pozostał w tej kontrowersyjnej pozycji! A jakby tego było mało, na końcu nasz kochany Króliczek publikuje finalną diagnozę i zdjęcie przybytku, który nawiedził (szpitala, a nie kibelka) – bo kto by nie chciał wiedzieć, jak tam „hydraulika” u Słońca Narodu?
Lady ubolewa, że Złoty Król nie pokusił się o dołączenie dowodów na tę „sprawną prostatę”– a chcielibyśmy otrzymać. Może np. filmik „sikanie z balkonu na odległość” ze specjalistycznym pomiarem mikcji? No i – warto zauważyć, z wielkim żalem, że nasz bohater nieszczęśliwie pominął częstotliwość wypróżnień, kolor moczu i kupy – i – za przeproszeniem, tak generalnie czy „kuśka staje i mocz oddaje” (a jesteśmy żywotnie zainteresowani wszyscy). Ale spokojnie, Kochani, my tu sobie posiedźmy z popkornem, kolą i lornetką, gotowi na kolejny odcinek telenoweli!
Królu Złoty, nie krępuj się, dawaj więcej, publika piszczy z niecierpliwości! Stopniujmy napięcie, ale jedźmy z koksem skoro się Słońce tak pięknie rozkręca… To co, może teraz lajw na Fejzbuku z wizyty w toalecie? Koniecznie włącz fonię! Będą lajki, będą szery, będzie fama!
Serio, jeśli już ktoś tak bardzo chce błyszczeć jurnością i udowadniać, że wciąż jest „młody duchem”, skoro piersi już obwieszone błyskotkami, to może czas teraz wypiąć i wystawić inne „utensylia”? Niech będzie pełen performans, niech publika zobaczy cały arsenał cenności, jaki nasz gwiazdor trzyma w… za przeproszeniem, „zanadrzu”!
Tak na poważnie, po mszy, Lady proponuje show na miarę Superbołlu – z fajerwerkami, rurą i konfetti – i przy dźwiękach organów! Królu Złoty, jeśli już się chwalić, to z przytupem – daj nam coś spektakularnego, szoł, jakiego jeszcze nie widzieliśmy! Np. pokaz „męskości” na żywo – z komentarzem…? Można też zamówić dżingiel u jakiegoś zaprzyjaźnionego kompozytora, który podkreśli wagę tej chwili… ? Można opłacić jakąś zaprzyjaźnioną śpiewaczkę? My jesteśmy gotowi, bilety wykupione, popkorn się grzeje, wuwuzele już czekają na pierwszą fanfarę!
A tak na poważnie (choć ledwo zipię, bo brzuch mnie boli od śmiechu), ta żądza poklasku to cyrk na kółkach, istna hosanna na wysokości: „Patrzcie, jestem ważny, jestem nieśmiertelny, klękajcie, plebsie, ale lajkujcie moje posty!”. No cóż, klękać nie będziemy, bo to niebezpieczne, ale ryczeć ze śmiechu – o tak, do łez!
Jak pisał pewien mądry człowiek, satyra to sztuka wyśmiewania absurdów rzeczywistości, a tu absurdu mamy na pęczki – i jeszcze akceptujemy ten cyrk jako normę. Przekonałeś nas, Kochaniutki, że tak właśnie jest. Więc czekamy na kolejne pranki, Królu Złoty! I tu Lady nieśmiało podpowiada: może następnym razem sprawozdanie z wizyty u proktologa, lub striming z kolonoskopii? Publika powinna przecież wiedzieć wszystko, dawaj obie strony medalu! Sam to wiesz, Króliczku, tym bardziej, żeś przecież „osobowość publiczna”, a i szołmen pełną gębą – trzeba ci to przyznać!
A Lady z wielką radością podbije Ci oglądalność profilu, bo przecież jest Twoją najwierniejszą fanką, będzie klaskać, aż dłonie spuchną, a może nawet da ci klapsa – jeśli wyznasz, że lubisz – w nagrodę – należy się jak micha psu! A na pewno będzie krzyczeć radośnie – jak w teatrze!
Wy, moi Czytelnicy, dajcie znać, co myślicie o tym spektaklu otwarcia na oścież, a Lady tymczasem leci po kolejną cysternę popkornu i wagon chusteczek – bo czuje w kościach, że to dopiero uwertura! Królu Złoty, nie zawiedź nas, dawaj więcej, szybciej, ostrzej! Czekamy z otwartymi ramionami i łzami w oczach… ze śmiechu, bo inaczej się nie da!
Finis coronat opus: Lady podkreśla, że stanowczo łączy się z naszym bohaterem, w konsonansie nawołując do regularnych (a nie raz na 30 lat) przeglądów wszystkich koniecznych zakamarków. Ale prosi – nie publikujcie wyników na fejzbuku, bo umrze ze śmiechu i już nie będzie więcej wyławiać cymesów z naszej pięknej, absurdalnej rzeczywistości – a tego byście przecież nie chcieli… Kreślę się z rewerencją, Wasza Lady Whistleblower
Felieton sponsorowany przez Trybunał Chmielowy 6% – „Chluśniem, bo uśniem! Bo przecież życie jest za krótkie na trzeźwe decyzje.”
Wszystkie postaci i zdarzenia są fikcyjne. Podobieństwo do osób zachęcających do picia piwa w pracy jest całkowicie niezamierzone, ale przecież nikt nie uwierzy, że to nie prowokacja – nawet w operze, gdzie śpiewa się o wszystkim, tylko nie o poziomie żółci.
Drodzy Artyści, Muzycy, Chórzyści, Pracownicy Techniki i Administracji!
W czasach, gdy Dyrekcja trzęsie się mocniej niż żyrandol po wizycie czterech jeźdźców Apokalipsy, pragniemy zjednoczyć się z Wami w duchu najwyższego braterstwa, lizusostwa i… fermentacji. Bo kto, jeśli nie Wy – nasze proste, szczere, zawsze spragnione muzyczne filary – stanie po stronie Zarządców, gdy przyjdzie czas rozliczeń? Kto, jeśli nie Wy, zrozumie, że prawdziwa lojalność zaczyna się przy butelce i kończy na… jeszcze jednej butelce? Przecież bez Was nasze kariery są równie stabilne, co batuta w rękach dyrygenta po trzech Trybunałach.
Oto Nowy Program Motywacyjny™ – czyli jak podnieść morale, kreatywność i poziom (promili)
Z dumą prezentujemy filary naszej innowacji, które – mamy nadzieję – zapiszą się złotymi zgłoskami (albo przynajmniej śladami po kapslach) w historii zarządzania:
Łelnes Piątek – cotygodniowe spotkania integracyjne przy piwie „Trybunał 6%” z sokiem (firma dopłaca 2 zł do wybranego przez Ciebie soku, jeśli udowodnisz, że jeszcze nie śpiewasz na dwa głosy jednocześnie – dla chórzystów bonus: śpiew na trzy głosy = podwójna porcja).
Kac Czelendż – kto pierwszy zwymiotuje do kosza z napisem „Dla Najlepszych”, ten zdobywa bon na kebaba na mieście (bo bufet zamknięty – zarządzanie lewel master!) i talonik na balonik (ten do dmuchania, nie do latania – choć marzyć wolno).
Alko-Punkty – za każde 4 szklanki w ciągu dnia awans na stanowisko „tenora bohaterskiego” i miejsce w loży lojalistów Dyrekcji. Pamiętaj: im więcej pijesz, tym bardziej jesteś „kluczowy dla zespołu”.
Piana Posłuszeństwa – codzienny quiz z aktualnej wiedzy o poczynaniach Januszów Zarządzania. Nagroda: immunitet na najbliższy sezon, antydepresanty i firmowy otwieracz do butelek (z logo „Zawsze z Wami, gdy trzeba się napić”).
Kreatywność na Trzeźwo? Nie u nas! – za każdą próbę trzeźwej improwizacji odejmujemy 20% pensji i przyznajemy tytuł „Męczennika Abstynencji”. Dla wybitnych abstynentów: dyplom z podpisem „Przepraszamy, że nie pijesz”.
Jak mawia rodzimy Janusz zarządzania, publikując jednocześnie na fejzbuku post o „etyce artysty” okraszony cytatem z Bacha (którego, jak wiadomo, prosty lud nie rozumie):
„To oczywista oczywistość, że to nie pijaństwo, tylko tim bilding i konstruowanie nowych zasad kultury organizacyjnej!”
Alkohol dostarczany będzie w ozdobnych pudełkach z napisem „Dar serca od Dyrekcji – pobłogosławiony przez kapelana orkiestry”. W środku: butelka w ubranku z różowego pudelka z odkręcaną główką, zrobionego na szydełku (hend mejd, bo budżet na premie już poszedł na piwo) oraz list na wytwornym kartoniku:„Drogi Artysto! Pij odpowiedzialnie – czyli tyle, ile każemy. Alkohol to dar Muz, a my jesteśmy ich prorokami. PS. Kto nie pije, ten donosi. Kto donosi, ten awansuje.”
„Ale jak to?! Przecież w zeszłym roku zwolniliście Zosię za kieliszek szampana po premierze!” – dziwi się pewien idealista, zanim sam zostaje zwolniony za „brak synergii z wartościami sceny”.
Odpowiedź Januszów jest zasadnicza jak akord tristanowski:
„Tamten alkohol był niemoralny! Nasz jest pobłogosławiony. Różnica jak między fałszem a słuchem absolutnym. A Zosia? Cóż… miała pecha. Ale za to mamy nowy hashtag: #OperaŁelnesTradżedi! (Szkoda, że nie doceniła naszego programu „Łelnes Afterlajf!)”
„Nie chodzi o to, żeby się upić” – wyjaśnia Dyrekcja, popijając wino z kubka ze złotym okuciem i grawerem „#BlesdBajMaestro” na bankiecie, na który nikt nie przyszedł. „Chodzi o synergię! Alkohol otwiera serca i sympatię dla Januszów. Ale jak przyjdą kontrole, to alkohol to wasze prajwet party. My tylko przypadkiem dostarczyliśmy dekoracje… Te butelki w sali orkiestry? To… instalacja artystyczna o przemijaniu!”
Epilog
Program nie okazał się sukcesem! Prawie nikt się nie nabrał – zespół wykazał się trzeźwością umysłu, a Janusze po raz kolejny udowodnili, że zarządzanie to sztuka. Janusze już zaplanowali kolejny krok: kurs „Jak pić i nie płakać nad partyturą” dla odchodzącej kadry zarządzającej oraz nową akcję „Zostań Przyjacielem Dyrekcji – bo lojalność mierzy się w promilach”.
A na koniec bon mot od Lady:
„Nie ma lepszej operowej spiritualności niż ta, która łączy kieliszek z kalkulacją strat i zysków. Butelki zwrotne prosimy oddawać do Dyrekcji. Dziękujemy.”
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Lady, jak to Lady – czasem z nudów, czasem z ciekawości, a czasem z czystej potrzeby podziwiania cudu samozachwytu – zagląda na fejzbukowy ołtarzyk aktualnego, Przewielebnego, szefa jednej ze świeckich parafii. I cóż tam widzi? Otóż, drodzy Parafianie, nie byle jakie lajki i nie byle jakie posty – lecz prawdziwy spektakl „świętości” w wersji instant, dostępny 24/7, bez konieczności klękania, ani nawet zzuwania kapci. Wystarczy smartfon, odrobina samozaparcia i świntość gotowa.
Gdyby jeszcze sumienie można było rozpuścić w ciepłej wodzie, ArcyPasterz Poklasku już dawno zamówiłby czajnik z podgrzewaczem – najlepiej z funkcją automatycznego wybielania win.
Nasz bohater nie zarządza – on przewodzi, niczym prorok na pustyni lajków. Każdy jego post to istna homilia, a każdy samojebkowy grymas jest jak pieśń dziękczynna za kolejny podziw. Codziennie serwuje swoim folołersom wybuchową mieszankę: tu cytat z jakiegoś papieża, tam modlitwa za bliźnich, a wszystko okraszone selfie z miną cierpiętnika, który właśnie wrócił z rekolekcji na Evereście, choć wygląda, jakby zagubił się między refrenem a refektarzem. Gdyby świntość miała swój program lojalnościowy, Lady już dawno dostałaby zniżkę na kadzidło i darmowy lajk od ArcyPasterza – a on sam wymieniłby swoje punkty na aureolę z funkcją „migotania” i opcją „wycisz opornych”. Kto wie, może już niedługo na profilu pojawi się transmisja live z cudu rozmnożenia… tylko czego…? Może… lajków? Dla naszego ArcyPasterza Poklasku nie ma rzeczy niemożliwych – wystarczy odpowiednia warstwa pudru na obiektywie i już można się poczuć jak patron od spraw beznadziejnych, a przy okazji medialnie opłacalnych. Szeptem dodam: nawet święci mają swoje słabsze dni, lecz nasz ArcyPasterz, jakby na przekór, każdego ranka wstaje z łóżka prawą nogą i lewą ręką błogosławi własny profil. Bo przecież kto rano wstaje, ten szybciej wrzuca post, a kto szybciej wrzuca post, ten szybciej zbiera pokłony. Cudowny kontent w stylu „Dziś modlę się za świat, jutro za zasięgi, pojutrze za siebie – bo przecież i ja potrzebuję wsparcia, najlepiej w komentarzach” i ostra moderacja niewygodnych wpisów robi robotę. Nie sposób nie docenić tej konsekwencji: każda okazja dobra, by przypomnieć światu, że oto mamy do czynienia z człowiekiem – zaiste – wyjątkowym, który nie tylko zna nuty, wiersze, przypowieści, ale i wszystkie wersety Nowego Testamentu na pamięć, a przy okazji potrafi zarządzać „owczarnią” z niebagatelnym, uwodzicielskim wdziękiem średniowiecznego autokraty – „przyjdź, napisz co trzeba, wyjdź, zamilcz, a potem daj lajka na fejsie”. Jego gorliwość jest tak żarliwa, że aż parzy – najczęściej tych, którzy nie zdążyli jeszcze kliknąć „obserwuj” (więc powinni się pospieszyć!). I choć niektórzy złośliwcy twierdzą, że świętość na pokaz jest jak kadzidło w wentylatorze – dużo dymu, mało sensu – Lady wie swoje: na fejzbukowym niebie naszego ulubieńca nie ma miejsca na przypadek. Tu każdy lajk jest jak paciorek, a każdy komentarz – jak świeczka pod figurką. Im więcej, tym bliżej do nieba. A przynajmniej do kolejnego triumfu, bo przecież świntość najlepiej smakuje w sosie z publicznych zachwytów i własnego samozadowolenia – najlepiej serwowanym na zimno, z przystawką z autopromocji.
Bon mot na wieczór: „Fałszywa gorliwość to jedyna, która nie wymaga rachunku sumienia – wystarczy rachunek rozliczeniowo-oszczędnościowy”.
Wzruszające są publiczne „akty skruchy, skromności i pokory”, szczególnie gdy pojawiają się tuż po kolejnej medialnej burzy. Czyżby świętojebliwość była najlepszym parasolem na deszcz niewygodnych pytań?
Lady nie ocenia, Lady tylko obserwuje – a widzi, że świntość w wersji fejzbukowej jest jak dobrze wyreżyserowany koncert: każdy akord na swoim miejscu, każda pauza wymowna, a grupa popleczników – choć coraz mniej liczna – wciąż gotowa bić brawo, byle tylko się załapać na bankiet. A może to tylko chórek klakierów, gotowy do śpiewania „Alleluja!” na każde skinienie ArcyPasterza Poklasku? Cóż, niektórzy mają fanów, inni – wyznawców – nasz ArcyPasterz zdaje się celować w obie grupy naraz, z gracją balansując na granicy pomiędzy ekstazą a… lekkim rozkojarzeniem i – trzeba przyznać: trochę niepokojącą determinacją. ArcyPasterz, jak przystało na prawdziwego naczelnego owczarni, pamięta doskonale, kto najgłośniej bił brawo i najgłośniej beczał – wszak w tej bajce wdzięczność mierzy się decybelami. I proszę, jak to się pięknie układa: najbardziej oddane owieczki mogą liczyć na awanse w hierarchii, a czasem nawet na dodatkową porcję owsa za szczególnie melodyjne beczenie. W tej owczarni każdy ukłon ma wagę złota, a kto potrafi beczeć na dwa głosy, ten już jest prawie solistą w chórze pochlebców. Ach, cóż to za rozśpiewany zespół – każda solówka pochwalna wyśpiewana z takim zapałem, jakby od tego zależały nie tylko niebo i ziemia, ale i bonus kwartalny do owczej emerytury. Na fejzbukowej scenie ich zaangażowanie osiąga poziom, przy którym nawet najwierniejszy pies parafialny zawstydziłby się własnej nielojalności. Gdy ArcyPasterz Poklasku tylko gwizdnie, rezydenci owczarni już ustawiają się w kolejce do polerowania aureoli naszego lidera, a najwierniejsi – po glejt na dożywotnie strzyżenie i prawo do ceremonialnego cmoknięcia majestatu tam, gdzie lubi. Bo w tej bajce wiadomo: kto beczy najgłośniej, ten najdłużej pasie się na salonach. I wreszcie – finał: ArcyPasterz Poklasku, niczym mistrz ceremonii na własnym benefisie, z gracją rozdziela ostatnie uśmiechy i ukłony, aż echo niesie się po korytarzach instytucji. Dobra passa, jak każda dobra opowieść, ma swój refren, ale i nieunikniony koniec. A na bis zostaje już tylko lekki ukłon, uśmiech przez łzy i może… nowy post na fejzbuku – z cytatem z własnej homilii i patetycznym hasztagiem #PoklaskNaWieki. Co prawda – „świntemu lajki niepotrzebne”. Ale nie zaszkodzą, prawda? Szczególnie, gdy świntość tak pięknie się prezentuje w socjalach – i nie wymaga nawet cudu, tylko dobrego zasięgu. Ale może Lady się myli – może to wszystko jest prawdziwą świętością na miarę naszych czasów?
A jeśli czasem pojawi się nuta niepokoju – cóż, celebryci już tak mają: raz w niebo, raz w chmurki, ale zawsze na widoku.
No i bon mot na dobranoc: „Nie każdy, kto rozstawia po kątach, zostaje królem balu – czasem kończy się na wygnaniu i własnym, cichym afterparty z relacją na żywo i jednym lajkiem od cioci.”
Ale – jak to w życiu bywa – nawet najbardziej „rozmodlony” ArcyPasterz kiedyś schodzi z ambony, a jego owczarnia zostaje na pastwę… kolejnego konklawe. Niechaj jej nowy lider – kimkolwiek się okaże – pamięta, że owczarnia to miejsce, gdzie nawet najskromniejszy baranek zasługuje na odrobinę podmiotowości. Lady życzy zatem, by „kościół” przetrwał, a „owce” nie musiały już błąkać się po pustyni lajków. Od wyników tego konklawe zależy teraz nie tylko los świeckiej parafii, ale i codzienna dawka śmiechu, wzruszeń i cudów. Oby więc nowy rozdział był mniej patetyczny, a bardziej ludzki – i żeby wreszcie można było bić brawo z przekonania, a nie z obowiązku.
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
No i – w końcu nadszedł dzień – w którym podniosła się spódnica – a opadło co innego. Bo w końcu każda spódnica się podnosi – a cała reszta zawsze kiedyś opada. Inne spódnice pewnie nie pomogą. „Święty Boże” również nie pomoże. Nadszedł odpływ. Plaża się oczyszcza.
Gdyby nie wiele tragicznych wydarzeń – i ludzkich dramatów, które poprzedziły ten wiekopomny stan „cofki” – można by dziś otwierać szampana – i powinien być naprawdę odpowiedniej jakości. To godna okazja, kiedy menda idzie w końcu w odstawkę – wielu udręczonych ludzi czeka na taki dzień.
Lady z wypiekami na twarzy przegląda ścianę fejzbukową swojego ulubieńca i nagły / niespodziewany spadek entuzjazmu wielbicieli naszego cesarza, który dawał im zarobić. Kto mu lajkował i komentował – mógł liczyć na dobry kawałek tortu z państwowych pieniędzy – konferansjerka, reżyseria, artykulik, jakiś koncert kameralny, współpraca – albo gościnne występy dla członka rodziny… itd. itp. Opłacało się, nawet jeśli rozsądek podpowiadał, że coś tu przecież musi być na rzeczy, skoro desperat „sam siebie dyma”. Mogłoby się nawet wydawać, że ta cała kariera jest mu potrzebna tylko po to, aby zebrać lajki i serduszka na fejzbuku… Podmiot liryczny sam inicjował akcje poparcia dla siebie samego – kto ciekawy, niech zerknie tu i ówdzie, warto, jako żywo! Nie dość, że nasz bohater uwielbia samojebki (czyli, jak podpowiada słownik języka polskiego – „zdjęcia robione samemu sobie”) – i namiętnie wrzuca swoje autoportrety i „cenne” przemyślenia, nie szczędzi swoim folołersom także inwokacji, modlitw i cytatów – nie tylko muzycznych ale także innego autoramentu. Jako kropką, każdy z postów okrasza „lajkiem dla samego siebie” – słabostka nad wyraz warta podkreślenia i wiele mówiąca o naszym gwiazdorze… Widać, że wirtualna rzeczywistość pociąga go nieodparcie, że czuje się w niej przy tym jak ryba w wodzie – mało tego – używa jej aktywnie nawet podczas pracy – do produkowania pudrowanego wizerunku, który w oczach większości ludzi, których zatrudnia, kompletnie nie istnieje. Na ściance króla nie widać pochwał i entuzjazmu jego całej (byłej już na szczęście!) załogi – obecni tam są wyłącznie jego nieliczni, acz gorliwi apologeci, czyhający na resztki po nagim cesarzu i kolegach nie oświeconych jego łaską, lub na apanaże – które w przyszłości będą wstydliwą pamiątką upadku lizusów.
Krewni i znajomi Królika donoszą, iż niektórzy z inkryminowanych cmokierów, niezwłocznie po rozpoznaniu sytuacji, szybciutko zakładali swoje konta na socjalach, tylko po to, aby przyklaskiwać faworytowi na gorąco. Było warto – bo jak diabły z przysłowiowego pudełka nicości, wskakiwali od razu na scenę. Ci zaś, którzy z boku obserwowali bieg wydarzeń – w końcu zaakceptowali, że może niczego nie słyszą, nie widzą i nie rozumieją – i że pewnie tylko im się wydaje, że „nowy dwór króla” jest mało interesujący – skoro sam król UbuDubu wydaje się nieusuwalny i zajmuje stolec bez końca, przy – wydaje się – bezmiernej akceptacji zarządców politycznych.
Patrząc na bezsilność podeptanych i pogardzanych podwładnych – piszących pisma „na Berdyczów” bez końca i bez najmniejszego efektu – należało wszak przyjąć, że nadeszły czasy blaszanych bębenków w rękach karłów – i że już nic dobrego się nie wydarzy.
Wstydźcie się, „głupcy, którzyście wynieśli bydlę na piedestał”. Nigdy nie powinniście dostać głosu.
Ale jednak wreszcie ruszył walec – powolny, lecz – na co Lady ma nadzieję – efektywny i sprawiedliwy. Na horyzoncie widać zmianę!
I tylko nie mówcie Lady, że aby pogonić królów UbuDubu potrzeba takich strasznych ofiar. Jest ich wiele – niektórzy stracili pracę – inni swoje zdrowie, lub życie. Ale przyjmijcie od nich potężną lekcję odwagi, której udzielili tym wszystkim, którzy zamilkli ze strachu. Wspomnijcie Ich, oraz ich ciężką pracę – z wdzięcznością.
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Ostatnio myśli Lady Whistleblower cwałują jak rącze Pegazy na kaszubskie pole, które archetypicznie zaistniało w domenie Sztuki Polskiej – nie tylko ze względu na pochodzenie jednego z ulubieńców Waszej autorki… Jakoś tak się wydarzyło, że aktualnie w kulturze polskiej mamy istne kartoflisko – jak okiem sięgnąć! Są ziemniory, są buraki, cebulaki i czosnki są…
Na środku onego, siedzi zakutana w cztery obszerne spódnice, babka Koljaczkowa. Jej potomek, wnuk, karzełek, który w wieku 3 lat, na znak sprzeciwu wobec otaczającej go rzeczywistości ( co wszyscy na pewno rozumiecie!) postanowił przestać rosnąć, często podkreślał, iż pod inkryminowanymi spódnicami rozlegał się zapach zjełczałego masła. Wiedział jak co nazwać, Słodziaszek.
Kartoflisko i śmierdzące, acz bezpieczne spódnice, dały schronienie uciekinierowi, niezbyt gorliwie gonionemu przez adwersarzy, co w skrócie mówiąc, zaowocowało w końcu narodzinami mamusi karzełka, którego warto wspominać nie tylko ze względu na jego tak bliski sercu Lady sarkazm – ale i z powodu wolumenu jego protestu. Gdy karzełkowi się coś nie podobało, wrzeszczał tak głośno i celnie, że rozpadały się latarnie i kieliszki. A kiedy dostał swój blaszany bębenek – Blechtrommel – nie było mocnego, który byłby w stanie go uciszyć.
Myśl Lady nieodparcie biegnie dalej, do jej ulubieńca, bo inkryminowany uciekinier jest zaiste jego ucieleśnieniem: wskoczył pod falbanki i przetrwał wiele burz, które mogły go strącić ze stolca na którym przysiadł przelotem w wyniku powyborczego zamieszania – i jak usiadł – tak siedzi. Pod spódnicami właśnie zapewnił sobie ochronę – i kiedy nadejdzie kolejne trzęsienie Ziemi – a nadejdzie – znów odnajdzie się pod jakąś spódnicą. Ma ich wiele na podorędziu – na różne okazje i tornada. Nie są o siebie zazdrosne – albo może raczej wierzą w szlachetne ideały uciekiniera. Wierzą w jego rycerskość, nie dostrzegają, że jako rycerz nosi zakutą pałę i kontakt z nim bywa problematyczny. Nie przeszkadza też nikomu jego status „wielokrotnego narzeczonego”, który na prawo i lewo używa spódnicowych zasłon. Kiedy tylko nad jego głową zrywa się jakaś nawałnica – nasz rycerz zawsze ma jakąś spódnicę w pobliżu – i wie co pod nią robić – chociaż – jak wszyscy się domyślają, zamiast spódnic i rumakowania woli rowerowanie – o czym już Lady wspominała w poprzednim felietoniku.
Figura falbaniastej babki na kartoflisku także budzi w sercu Lady nieodparte skojarzenia. Babka Koljaczkowa ciągle siedzi przy ognisku, wpierdziela gorące kartofle i chroni pod spódnicami uciekiniera przed PiPo-NIKodemonami, wydając przy tym jednoznaczne pomruki. Lady uważa, że powinna go raczej oddać żandarmom, z nadzieją, że użyją kija i obiją mu dupiszona. Dobry oklep bywa bowiem niezwykle pouczający. Podobno przybywa od niego oleju w bezmózgich łepetynach, a tenże olej ma również wielkie walory lecznicze w wypadku podłości i kompleksu boga. Ale miłość oślepia – a także ogłusza – więc babka swojego poddupnika podpycha i podlansowuje, otumaniona i oczadziała kadzidłem nowoodkrytej kobiecości…
Szczerze mówiąc – Lady się dziwi gustowi babki Koljaczkowej i licznych „narzeczonych poddupnika”, które nawet nie wiedzą, że jemu nie o miłosne podrygi pod ich spódnicami biega, lecz o …… !
Znacie? To posłuchajcie!
Potrzebna mu mamona, a nie matrona!…. Bo pragnie zostać królem całego kartofliska, a bez rzeczonej – nie wyobraża sobie własnej egzystencji – choć rozrzutnym nazwać go nie sposób. Spódnice są bardzo dobrymi baldachimami dla naszego (anty)bohatera (et consortes – o czym warto wspomnieć). Poddupnik nie potrzebuje żadnych podrygów pod falbankami – on tylko wykorzystuje babki, stare i młode, boć prawdziwych rozkoszy dostarcza mu kompletnie co innego. Lady współczuje wszystkim naiwnym babkom na kartofliskach, jednak przypomina przytomnie, że chutne podrygi nie czynią z kartoflisk tajemniczych ogrodów Sztuk. Przeciwnie – wszystko zgnije i skarleje, a na końcu nadejdą wielkie wymioty matki historii. Kiedy poddupnik nurkuje pod falbanami, babki i narzeczone raczej nie mądrzeją.
Ale jest nadzieja, że w końcu nadejdzie jakiś dobry cyklon, który pochłonie i babki Koljaczkowe i buraki i czosnki na kartoflisku. Bądźmy dobrej myśli!
Zamiast kartofliska przydałby się ogród – i jedno co warto – wyczyścić go warto, żeby grzybnia się nie rozrosła jak totalne bezhołowie. Dopóki siedzą tam jednak babki Koljaczkowe – pewnie Sztuka się nie uda, moi Czytelnicy. I zamiast grzybni w końcu pojawi się chujnia. Jak amen w pacierzu. …
Kim jest dzisiejsza babka Koljaczkowa? Macie swoje typy? To piszcie! Zgaduj-zgadula!Lady odniesie się do Waszych sugestii w kolejnych tajemnicach różańcowych.
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Moi Czytelnicy, czas wrócić na salony!
Dziś będzie troszkę o słomie z butów – bo wystaje i śmierdzi.
Lady czyta internety i nie może wyjść z podziwu, jak bardzo ludziska ogłuchli. Postanowiła zatem wytłumaczyć niedosłyszącym, jak „krowom na granicy” (tak swoją drogą czemu krowom i czemu na granicy – nie wie nikt), jak rozróżnić „co jest czym, co jest gdzie, co opłaca się, co nie”.
„Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi: ”Prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera”. Zróbcie mi przebitkę zająca na gruszy… Nie, nie! Zamieńcie go na psa! Zamieńcie go na psa. Niech on się odszczekuje swoim prześladowcom z pańskiego dworu. Niech on nie miauczy… „ (cytat z „Misia” Stanisława Barei)
No ale miauczy. I nie da się tego ukryć. Dla słyszącego nic się nie da ukryć. Ale niesłyszącym wystarczy zapodać zająca na gruszy, jako psa, który miauczy – i też będzie się cieszył…
Od paru lat, kiedy słoma w butach stała się standardem, na operowych scenach duuuużo się dzieje. Występują tam różne gwiazdy, a słowo „kultura” otrzymało wiele nowych znaczeń…
Lady Whistleblower tę wiekopomną imprezę wspomina, a jako widzka poprzedzającej ją CYGANERII, czuje niedosyt, że nie miała okazji uczestniczyć w bankiecie, który ponoć był zaiste „wyjątkowy”.
Towarzystwo było zacne, wszyscy przyszli – i ci, co chcieli – i ci co nie chcieli, ale musieli. Impreza była huczna i owocna – bo wielu zapłaciło za nią głowami.
Królowie się bawili, jedli i pili – i co najciekawsze – „event” przeszedł do historii opery polskiej – i się w niej zapisał mocno i treściwie. I tutaj także musi pozostać niezapomniany – bo jak widać – z czasem czyste kuriozum może stać się tradycją.
Trudno nie dostrzec „niezwykle szlachetnych” motywacji zaproszonych kulturalnych ludzi (bo i tacy byli wśród gości), którzy jednak nie oprotestowali tego „wydarzenia” – lecz udawali, że wszystko jest „w porzo” – i w trosce o własne tyłki i trony, na których je sadzają – zamienili się w Jarząbków, którzy stali się profesorami propagandy wszystkich uwielbiaczy dzisiejszych szefów niektórych operowych scen.
Na ich profilach fejzbukowych króluje „jedynie-słuszna rzeczywistość”, która jednak z prawdą nie ma nic wspólnego – została bowiem wykreowana przez ich klakierów – z wdzięczności za otrzymane subwencje w postaci zaproszeń do udziału w „kulturalnych wydarzeniach”, którymi królowie dzielą larga manum. Lady Whistleblower śledzi z wypiekami fejzbukowe łole inkryminowanych szefów – i widzi na nich cudowną, różową propagandę. Wszystkie niewygodne posty i pytania są kasowane, a stawiający trudne pytania banowani od razu. Dominuje odpowiednia narracja – bo na pełny gaz królowie zbierają lajki, których pożądają jak kanie dżdżu! I widzimy tam, Mili Państwo, istne operowe „Qui pro quo”: czasem wiersz patriotyczny, innym razem religijny zaśpiew, moralną dywinację, od czasu do czasu gotowanie, klikalny nekrolog, lub zaproszenie do wspólnego pedałowania – co szczególnie rozczula Lady, która jest wielką wielbicielką „rowerowania”, oraz łola pewnego zapalonego cyklisty, jak nikt na parafii!
Ale najważniejsza na tych łolach – a zwłaszcza na kolarskim – jest armia „jarząbków”, którzy połapali się, że nie ma co wnikać w szczególiki takie, jak dziwne zwyczaje króla UbuDubu – i że trzeba raczej głośno wychwalać elegancki frak monarchy, wykrzykując jak najczęściej, że jego pałeczka lśni, jak żadna inna!
Ma się za to operowe role, koncerty i święty spokój, że nikt nie potraktuje rzeczonych jarząbków, jak potraktowano ostatnio niewygodną Ewę Płonkę.
Lepiej pójść na „Majteczki w kropeczki” i nie kaprysić na repertuar – niż się męczyć z gorącym oddechem króla UbuDubu na karku – a tenże w środkach zazwyczaj nie przebiera. Twarzy ma wiele – niezliczoną ilość osobowości – ale wszystkie mocno „fantastyczne” i zaskakujące – nudy nie będzie – to akurat pewne. Lepiej nie zadzierać, lepiej być jak Jarząbek Wacław, trener drugiej – ale ubudowej klasy!
I wtedy nie ma znaczenia, jak śpiewasz, jak grasz, i czy w ogóle coś słyszysz, czy może masz „słuch absolutny” (czyli, że absolutnie nic nie słyszysz). Ważne, że piszesz, że „rower jest wielce okej, rower to jest świat”.
Dziś – dla wszystkich, którzy nie potrafią połapać się w sytuacji, Lady Whistleblower postanowiła opublikować poradnik – jak odróżnić „co jest czym, co jest gdzie, co opłaca się, co nie” – i co jak brzmi.
Bo jeśli ktoś przestudiuje go uważnie – nigdy już nie napisze, że „orkiestra grała cudownie i kolorowo”, jeśli na przykład jest zupełnie odwrotnie.
Jak widać w internetach – dziś można nawet być głuchym – i spokojnie pisać recenzje operowe – nadzy królowie to wynagrodzą. Przywitają się na bankiecie i szarmancko cmokną tu i tam. Nawet jeśli niczego nie słyszysz – i tak twoja opinia zrobi przecież propagandę – i ukształtuje społeczne przekonanie, że nie ma znaczenia, co grają – ważne, czy z pałeczką w dłoni stoi słuszny politycznie król, przy którym da się zarobić, bo ponad wszystko docenia lajki na fejzbuku.
Poniżej poradnik dla niesłyszących – i dla słyszących – żeby sobie przypomnieli, że nie ma co krzyczeć, że cesarz jest pięknie ubrany, kiedy świeci golizną – bo to straszny wstyd.
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Mój drogi Czytelniku, od ostatniego wpisu Lady Whistleblower sprawy mocno przyspieszyły, więc czas chwycić pióro w dłoń – czyli naszą broń. Bo Lady walczy po stronie światła – i ma nienaruszony wewnętrzny barometr sprawiedliwości. Trądem manipulacji i kłamstw zainfekować się nie da i nie ustanie w odkrywaniu śmierdzących czeluści – nawet jeśli noszą bardzo wytworne maski.
Czy Państwo widzieli serial GOMORRA, lub czytali książkę Roberto Saviano? Nie? To pędem! Szczerze zachęcam. Można posiąść sporą wiedzę o mechanizmach obecnych w polskiej „kulturze”. Nie, nie pomyliłam się – w mojej opinii to czysta egzemplifikacja – może nie dosłowna, bo przecież w puli są znacznie mniejsze pieniądze niż „na mieście” i nikt do nikogo jeszcze nie strzela – ale cała reszta – z „malowniczymi” postaciami walczącymi o wpływy i imperia wydaje się mocno pokrewna.
Do wyboru – do koloru. Mamy w Gomorzrze nieprzyzwoitość, kłamstwa, manipulacje, szantaże, zastraszanie, mafijne układy, walkę o kasę, oszczerstwa i szykany, dziwne powiązania, oraz nawet głupawego słabeusza, który z biegiem serii urasta do rangi niezwykle groźnego szefa imperium, który obcina głowy maczetą wszystkim, których postrzega jako silniejszych, bardziej charyzmatycznych, lub potencjalnie groźnych dla własnej kariery. Naprawdę – warto zerknąć.
I tak jak w serialu, w operach, teatrach i galeriach sztuki, mamy całą sekwencję niezwykle „barwnych osobowości”, występujących pod sztandarami „przyzwoitości i świętości”. Sztandary czasem są patriotyczne – a czasem fałszywe. Ale zawsze dają dobre zasłony, kiedy pewne procesy toczą się w tle – a zwłaszcza takie, które powinny być schowane – ale jak diabeł z pudełka – wyskakują wciąż na powierzchnię.
Szambo zawsze wybija, jak już się przepełni.
No i – moi Drodzy – patrzymy na nasz serial w socjal mediach. Można by nawet rzec, że rozwija się i pokazuje ciągle nowe wątki. Skandal w Operze Krakowskiej wciąż wzbiera, mimo że już po premierze, wybijają na powierzchnię nowe smrodki – i co najdziwniejsze – mało kto dostrzega nieprzyzwoitość…
A dzieje się sporo.
Po pierwsze, Opera Krakowska blokuje komentarze pod postem, w którym explicite sugeruje, że skreśliła Ewę Płonkę z obsady premiery (w dniu premiery, po godzinie 15.00 – komunikując ten fakt mailowo agentowi artystki) „w trosce o najwyższą jakość artystyczną wydarzenia”.
Ale ludzie nie dali sobie zamknąć ust – i piszą pod sąsiednimi postami – wzmożenie widać duże – bo i nieobecność Płonki – i pomalowane na czarno twarze protagonistów AIDY, komentujących niepokoją i pozostają bez odpowiedzi. Dyrekcja zasznurowała „kamienne usta”. Ale pojawił się ktoś, kto samego siebie obsadził w roli Pytii – bo nie tylko ust nie zasznurował, co nieoczekiwanie zdradził wiele „smaczków” całej sytuacji – miotając się jak wieszczka kreteńska w dziwnych konwulsjach i powikłaniach.
Drodzy Czytelnicy, zanim Wam opowiem o kolejnych przygodach króla UbuDubu – przypomnę, że Gwiazda opery, Ewa Płonka, nie dała się zastraszyć, zmusić do zerwania kontraktu i zdestabilizować na tyle, żeby odwołać swój udział w kolejnych przedstawieniach AIDY, które miała zakontraktowane z Operą Krakowską. Co oczywiście nie znaczy, że nie jest atakowana, szykanowana, obrażana i umniejszana. Protagoniści serialu nie ustają.
Postawa Płonki – szlachetna i nieugięta – inspiruje i zachęca, żeby obciąć wreszcie wszystkie głowy Hydrze, pomimo że od lat wciąż odrastają, a rzeczona Potwora wydaje się mieć niewyobrażalne wsparcie ciemnych mocy. Bo przecież nie jasnych – skoro tolerują i zasilają pogardę i zwykłą podłość.
Wczorajszy artykuł pod tytułem „Przemocowy despota”. To oni wyrzucili z obsady słynną śpiewaczkę…” – który napisała Anna S. Dębowska, dziennikarka muzyczna, redaktorka naczelna „Beethoven Magazine” i autorka książki o polskich gwiazdach opery – przypomina to, co zakopano pod ziemią i na czym postawiono niechlubny krzyżyk. A także to, co widać gołym okiem – ale nikogo z włodarzy Gomorry nie rusza od lat. To znawczyni tematu i środowiska, a kiedy pomyśleć, że tak, jak kierownik muzyczny krakowskiej AIDY, Pani redaktor studiowała grę na altówce – wiem, że nie tylko wie – ale i czuje to, na co inni oślepli i ogłuchli. Warto tu także wspomnieć, że autorka przytoczonego artykułu jest także absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie – zatem Lady proponuje śledzić publikacje tej ciekawej osobowości. Bo w każdym jej słowie widać, że o Gomorzrze sporo wie.
Oczywiście – sprowokowała niedobre oko i poszły konie po betonie.
Bo jakżeż by inaczej! Artykuł sprytnie przypomniał to, co miało zostać zakopane i zapomniane. Pokazał niechlubne tło, koneksje, oraz umocowania „dynastyczne” i „koleżeńskie” włodarzy dwóch klatek frikfajtowych – o przepraszam – teatrów operowych – którzy pomagają sobie nawzajem i idą ręka w rękę we wstydliwej nawalance.
Dowiedzieliśmy się z niego o wielu niepokojących sprawach, które odpowiednie komórki aparatu państwowego powinny wziąć pod lupę – choćby po to, żeby wyjaśnić dziwne powiązania i ukryte motywacje dziwnego układu kolesiowskiego dwóch dyrektorów oper polskich.
Zaraz po ukazaniu się artykułu Anny S. Dębowskiej, Dyrektor Opery Łódzkiej odniósł się do niego publicznie – na swoim fejzbuku – żalpost umieszczony przez niego nie był długi – ale spowodował wiele pytań.
1. Skąd dyrygent gościnny Opery Krakowskiej ma informacje o zawartości kontraktów Solistów premiery w nieswoim teatrze?
Czy wtedy, kiedy go nie było na próbach (bo ptaszki Lady Whistleblower ćwierkają, że pracował przy AIDZIE tylko przez kilka ostatnich dni przed premierą) – siedział może w sejfie w gabinecie swojego przyjaciela, dyrektora Opery Krakowskiej – i czytał kontrakty innych – tak jak on – zaproszonych gościnnych wykonawców?
Do jakich innych danych miał dostęp? Czy nie należałoby sprawdzić, jakim prawem?
2. Skąd kierownik muzyczny krakowskiej produkcji wie więcej niż ona sama o tajemnicach relacji Ewy Płonki z jej własnym agentem, którego przecież to Płonka zatrudnia (lub nie)?
Skąd kierownik muzyczny wie o sekretach korespondencji Płonki z reprezentantem jej interesów, których nie zna nawet sama śpiewaczka?
3. Czy Panu kierownikowi nie pomyliły się teatry?
Skąd Pan kierownik zna sekrety wewnętrzne instytucji, która go gości, objęte tajemnicą kontraktów lub przepisami RODO? Dlaczego o nich pisze publicznie?
Może zdaje mu się, że w Operze Krakowskiej także jest włodarzem?
Ja rozumiem, że jak się panowie wymieniają dyrygowaniem (w obu teatrach dziwnym zbiegiem okoliczności na afiszu są w tym samym czasie te same pozycje – i dyrektor Opery Krakowskiej dyryguje w Teatrze Wielkim w Łodzi [w którym stanowisko dyrygenta zlikwidowano] – a dyrektor Opery Łódzkiej – w Krakowie – można się pomylić. Ale także można by sprawdzić, czy wszystko w tej kwestii jest zgodne z prawem. „Podwładni maluczcy” raportują to już od dawna – może teraz jest odpowiedni moment, żeby wreszcie to sprawdzić – a może za chwilę, kiedy umocowania polityczne wygasną…?
4. Czy pan kierownik muzyczny dostał prawo wypowiadania się w imieniu pozostałych członków obsady przedstawienia i innych „uciśnionych”, w których imieniu występuje, których nazywa pieszczotliwie „zasobem ludzkim”?
BTW – SERIOOOOOoooo?!!!! Sekretariat Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz skrzynka Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego są wypchane ich pismami owych „uciśnionych”, w których się na pana kierownika / dyrektora SKARŻĄ!
Zatem zakładam, że pan kierownik tego prawa reprezentacji nie otrzymał. To, że jak PiSkorz wyślizguje się wciąż z odpowiedzialności za ludzką krzywdę, znów przypomina serial GOMORRA.
5. Co do krzyku… Ptaszki ćwierkają, że to pan kierownik muzyczny krzyczał na Ewę Płonkę – i nie tylko. Krzyczał także na Chórzystów i innych Solistów. A swoje wywrotki kompetencyjne podczas prób zrzucał na barki innych protagonistów – no znowu jak w serialu Gomorra – jako żywo… Czy krzyk i głośno wyrażana złość to odpowiedni arsenał w „instytucji kultury”? Czy krzykliwe żalposty to nie jest czysty srom?!
6. Czy stawiający się w butach „obrońcy uciśnionych” kierownik muzyczny zauważył, że we wszystkich wielkich operach świata jest ZAKAZ UŻYWANIA PERFUM I ROZPYLANIA ZAPACHOWYCH SUBSTANCJI W OBRĘBIE SCENY I BAKSTEJDŻU – bo szanuje się alergików, którzy są de facto niepełnosprawnymi ludźmi, którzy mają prawo z własną niepełnosprawnością żyć i pracować na równi – nie będąc ośmieszani i dyskryminowani? Ewa Płonka uprzedziła – przez swoją agencję – o swojej prośbie przestrzegania tego, co na całym świecie jest normą – a pan kierownik muzyczny przerobił dyskryminację na „gwiazdorzenie” – które aktywnie obśmiewa na socjalach. Ale wstyd!
Pomylenie DYSKRYMINACJI z „gwiazdorzeniem” jest niewybaczalnym błędem – o ile nie jest naruszeniem prawa.
7. Kolejne przekłamanie dotyczy „śpiewania pełnym głosem”… Pan kierownik ma bogatą historię osobistą klęsk w poprzednich instytucjach, którymi zarządzał, stawiając kopyta na gardłach swoich podwładnych do tego stopnia, że w końcu się go pozbyli. Jak tu przy nim śpiewać „pełnym głosem”?
Niektórzy raczej zamilkli – inni odmówili grania.
Udostępniam filmik, który otrzymałam właśnie od anonimowego wielbiciela naszego kierownika.
A Ewa Płonka jedną próbę generalną głosem zaśpiewała. Na wcześniejszą nie została wpuszczona. Bo poprosiła dyrygenta (chociaż wcale nie musiała) – żeby zrozumiał, że będzie „odpuszczać góry – dlatego że poprzedniego dnia próbowała 10 godzin”. W odpowiedzi usłyszała groźby, krzyk i szantaż. Uległa – rozśpiewała się i poszła na scenę – ale nie została wpuszczona. Wyobrażacie sobie to, Moi Drodzy…?
A następnego dnia, w przeddzień premiery śpiewała pełnym głosem – a na widowni była Publiczność, a teatr tę próbę zarejestrował. Dlaczego człowiek z pałeczką zatem wprowadza Opinię Publiczną w błąd pisząc, że Płonka żadnej próby głosem nie śpiewała…?
A czy taki król UbuDubu rozumie, że nie wolno śpiewakowi siedzieć na gardle? Że nie wystarczy „UbuDubu i do kasy”? No nikt tego nie wie… Nasz protagonista próby zaczął na kilka dni przed premierą. Ptaszki ćwierkają, że jego honorarium było iście kuriozalne. Pytajcie. Ustawa o dostępie do informacji publicznej daje Wam prawo WIEDZIEĆ.
6. A jako miłośniczka opery i sztuk wszelakich, zeznaję, że zasięgnęłam anonimowo języka u innych dyrygentów, którzy zasilili mnie osobistą opinią o dyrygowaniu kierownika podczas spektaklu z Ewą Płonką. Zwrócili moją uwagę na to, co się działo. Jak w każdej frazie dyrygent próbuje wybić Ewę Płonkę z jej rytmu, zbić ją z „pantałyku” – ich zdaniem widać iście dziwne ruchy i niekonsekwencję – jakby dyrygent był miotany przez wewnętrzne samozaprzeczenie – i ja tej opinii przyklaskuję – dostrzegając dziwną niedyspozycję kapelmistrza.
Lady Whistleblower ma swoje ptaszki tu i ówdzie – i swoje wie. Wie, że prawda zawsze wypływa na wierzch. I że podłość ma krótkie nogi i się kończy źle. PODŁOŚĆ RODZI WSZELKIE PATOLOGIE. Każde miejsce, w którym podłość swobodnie zbiera swoje żniwo jest początkiem GOMORRY. Ale pamiętajcie, że Bóg Gomorrę w końcu zniszczył.
Bądźmy w kontakcie – już niedługo kolejny post na moim blogu – bo listów Lady Whistleblower otrzymała całe zatrzęsienie – a dziś przedstawienie Ewy Płonki – więc czeka nas dalszy ciąg tej historii!
A na koniec – link do finału. Czyli wydarzenia pod hasłem TIME TO SAY GOODBYE…Tak mu grali muzycy jednego z zarządzanych przez nagiego króla teatrów…
Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Drodzy Goście, zanim napiszę kilka solidnych, ale ciężkich słów o polskiej „kulturze”, opiszę, co się dzieje na załączonym poniżej filmie: oto Ewa Płonka, Gwiazda operowa światowej klasy – i nowej produkcji AIDY Opery Krakowskiej, która na jej gorącym nazwisku wypromowała swoją premierę, opuszcza scenę, kiedy pojawia się na niej człowiek z pałeczką, który właśnie wyszedł z kanału (orkiestrowego naturalnie), aby odebrać – jego zdaniem należny mu – aplauz Publiczności, która nie do końca rozpoznaje, co właśnie ma miejsce.
Dlaczego nie rozpoznaje? Bo wcześniej dostała solidną porcję komunikatów o czci należnej „prawdziwym królom” – jak w „Grze o Tron”, gdzie fałszywi pretendenci dosiadający smoków, kłamią, walczą i zabijają się wzajemnie, zakładając maski „namaszczonych pomazańców bożych” – pomimo że tak naprawdę (to wieeelka tajemnica!) pochodzą z Flea Bottom, czyli mówiąc patriotycznie – z Zapchlonego Tyłka – i praw do zaszczytów (obiektywnie rzecz biorąc) nie mają żadnych.
Ale teatr to dobre miejsce, żeby nawet Króla UbuDubu ubrać w koronę i wprowadzić żenującą normalizację tego, co znormalizowane nigdy być nie powinno. W teatrach i operach mają magazyny pełne koron z tektury, pięknie pomalowanych na złoto, z przyklejonymi na czubku błyskotkami, medalami i etykietami z tytułami naukowymi. Widzowie się nabierają, bo te korony jak prawdziwe, a tytuły naukowe przydają królom z Zapchlonego Tyłka stosownej wielebności. Nie dziwię się zatem zmanipulowanej Publiczności prowadzonej przez biernych, miernych, ale wiernych (na szczęście nielicznych) apologetów dziedziców Zapchlonego Tyłka (z Gry o Tron naturalnie!) – w koronach z dykty. Ale… Revenons a nos moutons, wracamy do naszych baranów, jak mawiają Francuzi…
Dlaczego Ewa Płonka zeszła z ceremonii ukłonów?… Prawdopodobnie nie życzyła sobie oświetlać swoją sławą, karierą i mistrzostwem pretendenta do ogrzania się przy jej blasku. Może po prostu nie miała ochoty podać ręki komuś, kto zastosował wobec świetnie przygotowanej Gwiazdy wstydliwe metody, które – jak widać – doskonale wyćwiczył, wcześniej tresując „zasób ludzki” (ptaszki ćwerkają, że tak ponoć nazywa podległych mu pracowników) – i odmawiając tym ludziom należnej im godności, pomimo że opłacają jego synekurę ze swoich podatków. Ptaszki ćwierkają także, że niejednemu z nich złamał karierę, niejednego wyrzucił dyscyplinarnie z pracy, ustanawiając swoim postępowaniem nowy, feudalny model zarządzania instytucjami kultury i dziedzictwa narodowego (sic!) – jak plantacjami niewolników, pracujących za przysłowiową miskę ryżu – który to model PiS wprowadził w gumofilcach na polskie salony. Model to wstydliwy i prostacki, dawno powinien być zdemontowany przez następców – ale – o zgrozo – ma się znakomicie i jest ochoczo pielęgnowany przez organizatorów z partii podobno przeciwnej.
Ewa Płonka sobie na to wszystko nie pozwoliła. Pomimo krzyków (które było słychać na korytarzu pomimo zamkniętych drzwi) – którymi próbowano ją „zdyscyplinować do ugięcia karku”, pomimo naruszeń dobrych obyczajów, pomimo narażenia na szwank jej wizerunku i godności. Nie uwierzyła Królowi UbuDubu, że jej klasa artystyczna jest „dyskusyjna”. Pilnie zaśpiewała wszystkie zakontraktowane, wielogodzinne próby, z pełnym zrozumieniem odnosząc się do tego, że nie ma innego wyjścia, jeśli szefa muzycznego zobaczyła tylko na ostatnich kilku próbach głównych… Wyszła na trzecie przedstawienie (dopiero wtedy jej pozwolono zaśpiewać), cudownie wykreowała swoją rolę, a potem po prostu odmówiła wspólnej celebracji własnego sukcesu z kimś, kto jej sukcesu nie tylko nie współtworzył, ale raczej starał się być jego głównym hamulcowym…
Ale teraz warto się zastanowić, dlaczego człowiek z batutą, który w mojej opinii, nie dorasta tej Śpiewaczce do pięt ani rozmiarem talentu, ani przede wszystkim przygotowaniem (jako kierownik muzyczny produkcji), doprowadza do skreślenia jej nazwiska z listy zakontraktowanych na premierę wykonawców głównych ról? Dlaczego daje wszystkim do zrozumienia, że Płonka „gwiazdorzyła” i „starała się niewystarczająco” (jak ochoczo donosi jedna z ulubienic inkryminowanego osobnika, która być może dzięki wzajemnej sympatii i zaangażowaniu, otrzymała w produkcji, o której mowa, partię, w mojej opinii, przekraczającą jej aktualne możliwości wykonawcze)? Wszak każdy człowiek z batutą powinien być szczęśliwy, że w ogóle Płonka zdecydowała się z nim wystąpić, że dostępuje zaszczytu koprodukcji z prawdziwą Shining Star…i że może dla niej poprowadzić orkiestrę, bardzo się starając, z szacunkiem i uniesieniem. No właśnie. Dziwnie to wygląda. Prawda?
Ale wytłumaczę Wam, moi Czytelnicy, jak ten mechanizm działa…
Zwyczajowo, jeśli dyrygent nie dorasta talentem, lub przygotowaniem, do poziomu zaproszonych przez producenta gwiazd, to się go nie zaprasza, albo zwalnia. Ale jeśli nikogo to nie obchodzi – to działa się zazwyczaj strategicznie: wszystkie zwykłe próby prowadzi asystent dyrygenta – nikt nie traktuje go specjalnie poważnie, a wszyscy czekają na kierownika muzycznego produkcji, pozostając w nadziei, że wraz z jego pojawieniem się na próbach, każdy z artystów będzie mógł zabłysnąć pełnią swojego talentu i wspaniałym rzemiosłem (bo przy wielkich osobistościach batuty każdy wznosi się na szczyt, a na próbach panuje zazwyczaj wielki wzajemny szacunek).
Co się jednak dzieje, kiedy na przykład, tuż przed premierą, na ostatnie kilka prób (być może, za gigantyczne, o wiele wyższe od pozostałych protagonistów przedsięwzięcia honorarium…) przyjeżdża nieprzygotowany, okazujący pogardę i prostactwo król UbuDubu? Każdy orze jak może, mili Państwo. Jedni negocjują, drudzy tłumaczą… A kiedy się okazuje, że to nic nie daje, gwiazdy zaczynają robić swoje, w nadziei, że kanał dopasuje się do sceny – bo nie będzie miał innego wyjścia.
No ale co wtedy, jeśli pretendent do zaszczytów, inkryminowany król UbuDubu nie chce zaakceptować braku służalczości utalentowanych i pewnych siebie artystów, których wpędzono kontraktami w jakąś trudną układankę – i jeśli drży w obawie przed ujawnieniem własnej niewystarczającej kompetencji (bo przy wielkich talentach ukryć się tego nie da)? Ano trzęsą mu się kolana! – ale maskuje to odpalając wielkie bomby. Np. skreśla tych najodważniejszych i bezkompromisowych, tym samym zastraszając utratą możliwości zaśpiewania i zagrania tych mniej odważnych, ale nie mniej utalentowanych, dla których kreacja i śpiewanie są jak tlen, bez którego nie mogliby żyć… Oni pragną śpiewać i dzielić się swoimi talentami z Publicznością – to ich dojmująca motywacja – więc wtedy pochylają głowy – i o tym, że król jest nagi, gadają w tylko w katakumbach i szeptem – i dlatego Publiczność o tym nie wie.
Nie wie także, że artyści to w większości niezbyt majętni, a właściwie biedni ludzie – i potrzebują zwyczajnie utrzymać się ze śpiewania, grania itp. – nie narażając się na „wymazanie” przez swoich własnych agentów, którym nie na rękę byłaby hardość i brak służalczości apologetów nagich królów. Biedni – w przeciwieństwie do samych nagich królów, którzy – dziwnym trafem – zgromadzili przez lata piastowania partyjnych synekur, iście kuriozalne, niemożliwe w Wysokiej Sztuce do zarobienia, wielomilionowe zasoby na swoich kontach – i nawet nikt nie pyta, jak do tego doszło… Lepiej nie pytać. Lepiej stać i klaskać – chowając w sercu prawdę na lepszy czas.
Krewni i znajomi Królika szepczą, że w Krakowie było i jest z pewnością intrygująco – i ciekawie… Bo tam, w klubie disco, kto dostał władzę, ten może zrobić wszystko. Nawet bez uprzedzenia wywalić z premiery gwiazdę, która była głównym wabikiem, koncentrującym uwagę na produkcji.
No ale dziedzice z Zapchlonego Tyłka i ich namiestnicy nie są jednak w stanie wyprodukować wystarczająco nieprzeziernej zasłony dla własnych hopsztosów. Nie zakorkują już chyba ust zmęczonym artystom, których trzymają na smyczach i w kagańcach zbyt długo. Artyści zdecydowali się mówić jak jest – co zademonstrowała w Krakowie Ewa Płonka. Wykonała zakontraktowaną pracę, ale nie zgodziła się na brak wypowiedzi – i dlatego zeszła ze sceny, wtedy kiedy uznała, że ten gest powie więcej niż tysiąc słów. I tak się stało!
I ja, Lady Whistleblower Wam powiem – że czas, żeby wszyscy artyści sprzeciwili się niewolnictwu, w które ich wpędzono szantażem, że agencje na ich miejsce mają jakieś 100000 „nonejmów”, którzy się zgodzą na wszystko, a nawet dopłacą, byle móc zadebiutować, lub jeździć na występy do prowincjonalnych teatrów. Ale o nich jeszcze sobie popiszemy… Idźmy powoli do konkluzji, moi drodzy Czytelnicy…
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prędzej, czy później każde szambo wybija…
Ewa Płonka chciała zaśpiewać w Polsce, bo dawno nie miała po temu okazji . Sentymenty spowodowały, iż zaufała, że warto wziąć udział w krakowskiej AIDZIE. Ale jej patriotyzm wykorzystano i zgwałcono. Teraz, pewno prędko do Polski nie wróci. Na szczęście za chwilę będzie można pojechać do ROH na serię jej Turandot i na Nabucco z jej Abigaille do Deutsche Oper – tam lubi śpiewać i pracuje otoczona szacunkiem. A może ktoś by ją zwyczajnie PRZEPROSIŁ…?
Moi drodzy Czytelnicy… teraz opowieść z tzw. bekstejdżu… Lady Whistleblower operę lubi, lubi teatr i lubi artystów. To widzi i wie to i owo. Więc… opowie o tym, czego nie widać, ale jest kluczem do zagadki w całej historii.
Wysoka Sztuka, moi Mili, trafiła pod zarząd profanów. Sacrum się tu raczej nie objawi. Zamiast cieplarni dla artystów, z zachowaniem najwyższych norm etycznych i szacunku, mamy areny rzymskiego Colosseum, gdzie jedynym celem są igrzyska dla plebsu. Nikt się tam nie certolił z komfortem osobistym gladiatorów: nie zostać zjedzonym przez lwa w zasadzie wystarczało do szczęścia. Kto zarzynał innych, żył dostatnio, choć czasem jednak niezbyt długo, bo kolejni pretendenci umieli wynajmować odpowiednich funkcjonariuszy, by zapewniać stosowną fluktuację „zasobu ludzkiego”, jak mawia jeden z moich wspomnianych wyżej ulubieńców. Więc powiadam Wam: to, co widać za kulisami oper, teatrów itp. różni się od rzymskiej areny wyłącznie niezarzynaniem gladiatorów. Jednak, aby przetrwać, muszą mieć co jeść i gdzie spać, opery i teatry to nie Ludus Magnus, gdzie zawodnicy otrzymywali wikt i opierunek za darmoszkę, bo o niewolników przysparzających plebsowi rozrywki dbał odpowiednio zainteresowany ich dobrą kondycją Lanista. Dzisiejsi gladiatorzy, artyści, muszą dwoić się i troić, żeby zarobić grosiki na biedną egzystencję.
A że w Polsce oper i teatrów jak na lekarstwo, jeśli chcesz mieć bułeczkę z masełkiem – i jeśli masz odwagę, odporność psychiczną i talent ponadprzeciętny – wyjeżdżasz z Polski i prowadzisz życie torbacza hotelowego, którego pilotuje lepszy lub gorszy agent, który nie zawsze jest przyjacielem, ale swoją działkę bierze… Zatem, jeśli masz talent i odwagę, jeśli ci się udało – nieczęsto wracasz do klatek frikfajtowych, w które zmieniono „rewolucyjnym modelem zarządzania” niektóre polskie teatry. Wybierasz przewidywalne, choć równie krwawe igrzyska poza krajem, bo przynajmniej tam nie toniesz w szambie pogardy. Jeśli masz dobre nazwisko i w miarę etycznego agenta, przynajmniej honorarium dostaniesz lepsze niż polski aktor, śpiewak – polski gladiator, który w Polsce nieprzyzwoicie, ale nawet bez mrugnięcia okiem, oklaskuje królów UbuDubu. Bo bez tego po prostu nie przeżyje.
Artyści powinni być Ewie Płonce wdzięczni. Może tym swoim już viralowym zejściem ze sceny powiedziała więcej prawdy, niż utrudzeni i przerażeni, milczący gladiatorzy, którzy uwierzyli, że są już tylko „zasobem” i że nie należy się im SZACUNEK.
Wasza Lady Whistleblower
Już niedługo kolejne doniesienia zza kulis. Bądźcie czujni!
P.S. Jeśli jakieś Ptaszki, lub Krewni i Znajomi Królika mają dla Lady Whistleblower wieści, które mogłyby stać się pożywką dla kolejnych ujawniających tajne i wstydliwe mechanizmy opowieści – piszcie do niej na mail : kontakt@ladywhistleblower.net DYSKRECJA GWARANTOWANA!