Wasza Lady postanowiła do Was wrócić: czas trochę naoliwić zabawki, żeby nie zardzewiały – bo fale morza absurdu powoli zniszczą nawet nieugiętą wolę, jeśli się jej czasem nie weźmie na spacer.
Wyobraźcie sobie ekskluzywny „salon do specjalnych procedur”, w centrum dużego miasta – z czerwonymi zasłonami, kryształowymi żyrandolami, lustrzanymi ścianami i… ariami Pucciniego w tle.
Klientów mu nie brak, bo tradycja i pieniądze się zgadzają. Są też duże emocje i apetyty na przekraczanie granic absurdu… jak to w takim przybytku. Bo przecież gdzie lepiej przetestować granice wszelkiej wytrzymałości, niż w operowym blichtrze, z przytupem, wielką orkiestrą, chórem i iście watykańską fasadą?
Nie ukrywajmy: to miejsce tajemniczych powiązań, gdzie każdy spektakl to efekt wielu branżowych mechanizmów – niezrozumiałych dla laików – lecz nadmuchujących balony ich ego jak wysoce funkcjonalna dmuchawa analna. Ale kulisy – to już istna lekcja przetrwania dla personelu.
Na tronie króluje bezsprzecznie atrakcyjna „Pani” – jak okładka luksusowego magazynu. Ma nawet nagrody z festiwali branżowych! Co prawda, znawcy branży patrzą na nie jak na egzotyczne zabawki z sex-shopu – „ładne, błyszczące, ale do czego to właściwie służy?”.
Ale one są – i spoglądają z gablot, od razu uginając kolana ewentualnych pretendentów do przejęcia władzy. Bo „Pani” wie, jak uginać różne kolana, ma doświadczenie i dobrą kartę efektywności w tej kwestii. A jak aspiranci klęczą, to już po władzę nie przyjdą, bo na klęczkach nie da się przecież „chodzić po władzę”…
Patrząc na nasz ulubiony salon – wydaje się, że czasy umiłowania niesłusznych papieży osiągnęły swój zenit – i Lady uważa, że na zmiany nadszedł najwyższy czas…
Kiedy „Pani” ma humor, przybytek wydaje owoce – wszyscy tańczą do jej rytmu, a arie towarzyszą wszystkim jej rytuałom – i płyną niczym miód z ust anielskich chórów. Ale gdy humorek szefowej nie dopisuje… och, wtedy zaczyna się prawdziwa ścieżka zdrowia dla pracowników przybytku. „Pani” używa pełnego asortymentu pogardy, dyscyplin, batów, pejczy i innych narzędzi nacisku – szafa się otwiera, a atmosfera gęstnieje jak lubrykanty w zimnej piwnicy.
Pytanie brzmi: czy taki „spektakl” naprawdę podnieca, czy może tylko buduje fasadę tego „miejsca wyjątkowych doznań”? Bo goście płacący za bilety wstępu dostają… cóż, czasem nie takie emocje, jakich by oczekiwali.
Na razie to nic nie szkodzi – bo wyobraźmy sobie hipotetycznie: co, jeśli nad wszystkim czuwa życzliwy „Pani” nadzorca całego centrum rozrywki? I oboje mają nie tylko wspólne zainteresowania, ale i wspólne sekrety?… Wtedy nic nie ma znaczenia – i choćby skały srały, póki oboje są przy władzy – nic się nie zmieni.
Prawda prawdą – ale goła dupa w krzakach to swoisty wróbelek w garści – znacznie lepszy niż kanarek na dachu. Jednak… ludzie marzą o zmianach i nie rozumieją, dlaczego nie da się posprzątać tej stajni Augiasza. A gdy pojawia się intrygujący kandydat na Kanarka Terapeutycznego – pokazuje mu się ową gołą dupę w wersji uwznioślonej i niepodważalnej.
Czy będzie miał dość samozaparcia, żeby jeszcze wrócić…?
Szanowni Panowie i Panie: może jednak warto posprzątać ten przybytek? Bo coraz bardziej zaczyna śmierdzieć szambem, zgnilizną i totalnym bezsensem – a nawet najbardziej hardkorowi klienci mają swoje granice.
Tak czy inaczej, jeśli szukacie adrenaliny – zapraszamy na seanse – przybytek działa i fasada się trzyma. Tylko pamiętajcie: słowa bezpieczeństwa to „związki zawodowe”. Ale wyjścia ewakuacyjnego jeszcze nikt nie znalazł…
Kreślę się z rewerencją!
Wasza Lady Whistleblower

Dodaj komentarz