Drodzy Moi Kochani Czytelnicy,
Przygotujcie się na jazdę bez trzymanki, bo Wasza Lady zabiera Was na wycieczkę do miejsca, które jest jak połączenie domu strachów w lunaparku obwoźnym z kabaretem na kółkach! Zapraszam do ekskluzywnego sanatorium dla duszy i nerwów, gdzieś w sercu tej części Europy, gdzie dramat miesza się z groteską, a stres jest w cenie biletu do teatru.
Mowa o pewnym kameralnym przybytku operowym, gdzie na wielkim tronie, który zdaje się wypełniać większość jego przestrzeni, zasiada nie kto inny, jak sama Czarna Madonna Polskiej Estrady, Matka Miłosierdzia dla swoich pupili i Czarna Mamba dla całej reszty, co to się nie załapała na łaski Matki Najczarniejszej. To „poważna artystka” – i tak wielka, że głowa mała.
Ale prawdziwe serce szefowej – jak plotka niesie – bije w rytmie disco polo z odpustu w Pcimiu Dolnym. Pod czarnym tiulem, tak uwielbianym przez Mambę, nasza bohaterka nosi seksowne majteczki w kropeczki…
W mediach nasza diwa to uosobienie słodyczy i miłosierdzia, ale za kulisami, jak szepczą wtajemniczeni, jej „śpiew” brzmi jak ryk piły łańcuchowej zmiksowany z psim ujadaniem.
A po zmroku? O, moi Drodzy, na to spuśćmy zasłonę milczenia, bo nawet Wasza Lady ma swoje granice przyzwoitości. Plotka głosi, że jej rządy to emocjonalny Zombi-Szoł, przy którym nawet najbardziej dramatyczne opery wypadają jak kołysanki dla przedszkolaczków.
Jej teatr to nie scena, a istne panopticum osobliwe! Mozart? Toż to nuda i drugi plan! Prawdziwy spektakl rozgrywa się za kulisami, gdzie – jak donoszą byli pracownicy – karetki jeżdżą częściej niż tramwaje w godzinach szczytu, a psychiatra ma więcej roboty niż dyrygent na premierze. Opowieści o mobbingu, wyzwiskach, chaosie i SMS-ach od szefowej o trzeciej nad ranem to codzienność. Bo przecież „służba nie drużba”, a urlop? Zapomnijcie! U Czarnej Mamby wypoczynek pracowniczy to raczej „wypocinek” – najlepiej z telefonem przy uchu i radosnym paciorkiem na ustach, bo przecież zdesperowanym pozostaje już tylko modlić się całą dobę.
Spotkanie z „perfekcjonizmem Najczarniejszej Carycy” to przeżycie, po którym jedni śnią o niej po nocach – i nie, to nie są sny z kategorii „och, ach”, choć też bywają wilgotne (od łez…). Inni śnią wprost na oddziale szpitalnym, bo nerwy puszczają jak stare gumki w majtkach bez kropeczek.
Mobbing? Ależ skąd! To tylko „wymagające środowisko artystyczne”. Przecież u prawdziwego artysty talent to nie jest najważniejsza kwestia: przede wszystkim powinien mieć dupę z betonu, uśmiech z reklamy pasty do zębów i bałwochwalczą gotowość do „ścieżki rozwoju duchowego” w postaci kopniaków. Najlepiej ze „Zdrowaś Mario” na ustach, żeby było bardziej klimatycznie.
Jak się domyślacie – w mikroteatrze z wielkim tronem mamy pewną „rotację pracowników”… Księga maili ze zwolnieniami ponoć liczy więcej stron niż „Wojna i Pokój”. To nie teatr, to casting do programu „Nieustraszeni – edycja ekstremalna”, tylko zamiast karaluchów w wannie masz inne „atrakcje”.
Nasza bohaterka, oczywiście, twierdzi, że to nie jej wina, że ludzie mają zero predyspozycji do pracy w „wymagającym środowisku”. Bo przecież prawdziwy artysta to ten, co zniesie fochy carycy, będzie wylewnie okazywał ciepłe uczucia wobec organizatora i wytrzyma kilka wycieczek na SOR bez mrugnięcia okiem. Talent? A po co? Znacznie ważniejszy jest certyfikat odporności na humory Czarnej Madonny i najwyższego posłuszeństwa!
A propos wyniesienia na tron – pewna wpływowa persona, taki „przyjaciel od serca”, nazwała ją „klejnotem”. I faktycznie, klejnot to błyszczący, bo diwa nie tylko sięga po dotacje i granty, ale i – na nieszczęście Bogu ducha winnych widzów – po występy w telewizji. Modlitwa to jedyne, co może uratować słuchaczy przed tą „ścieżką zdrowia”. Najlepiej o cud, bo inaczej uszy zwiędną, a oczy same się zamkną.
W mediach popkulturowych to gwiazda pełną gębą – występuje, przekonuje, że zna się na sztuce, choć w środowisku już dawno straciła powagę. Tron dyrektorski miał jej dodać splendoru, ale działa jakoś na odwrót, więc może dlatego złapała za nahajkę? Zamiast autorytetu osobistego mamy tandetne występy, odpust kolędowy i konferansjerkę, po której nawet mikrofon chce się wyłączyć. A za drzwiami gabinetu? Jak donoszą pewne „wiewiórki” – wampirze rządy, które mogłyby inspirować horrory.
No i wisienka na torcie, ulubiona przez Lady pobożność na pokaz: tokuje o Bogu, miłości i rodzinie, jakby połknęła różaniec razem z całym chórem kościelnym. W mediach – uśmiech jak z obrazka świntego, serdeczność i świętojebliwość, a we własnym teatrze, jak niesie wieść „gminna” – żeby nie było nudy – groźby, wyzwiska, chaos i publiczne upokorzenia. Jak donoszą ci, co przetrwali, to istne „niszczenie zdrowia psychicznego podwładnych”. Cymesik, jak na fankę nowenn i koronek do miłosierdzia! Artystom oferuje nie tylko scenę, ale i dodatkowe atrakcje – jak w klasztorze, tylko zamiast ciszy i śpiewów gregoriańskich słychać wrzaski i trzaskanie drzwiami.
Drodzy Moi, jeśli marzycie o pracy pełnej patosu, dramatu, łez i nieustającego napięcia – aplikujcie do tej instytucji! Ale pamiętajcie: przed Czarną Mambą nawet Kleopatra zwiałaby przez okno, zostawiając sandały na scenie. Wasza Lady radzi: pomódlcie się o lepszą robotę, bo tu nawet święci nie wytrzymują!
A na koniec info od krewnych i znajomych królika – nasza Czarna Madonna Estrady idzie jak burza – teraz będzie globalnie wypływać na szerokie wody. Lady uważa, że jeśli mowa o wodzie, to solidny prysznic by się tu przydał albo wiadro zimnej wody na pałę – szczególnie dla tych, co stracili umiar w kwestii eskalacji groteski poza granice absurdu. Olaboga!!! O Jezu, miej nas w opiece!

Dodaj komentarz