Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tym felietonie są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Drodzy Goście, zanim napiszę kilka solidnych, ale ciężkich słów o polskiej „kulturze”, opiszę, co się dzieje na załączonym poniżej filmie: oto Ewa Płonka, Gwiazda operowa światowej klasy – i nowej produkcji AIDY Opery Krakowskiej, która na jej gorącym nazwisku wypromowała swoją premierę, opuszcza scenę, kiedy pojawia się na niej człowiek z pałeczką, który właśnie wyszedł z kanału (orkiestrowego naturalnie), aby odebrać – jego zdaniem należny mu – aplauz Publiczności, która nie do końca rozpoznaje, co właśnie ma miejsce.
Dlaczego nie rozpoznaje? Bo wcześniej dostała solidną porcję komunikatów o czci należnej „prawdziwym królom” – jak w „Grze o Tron”, gdzie fałszywi pretendenci dosiadający smoków, kłamią, walczą i zabijają się wzajemnie, zakładając maski „namaszczonych pomazańców bożych” – pomimo że tak naprawdę (to wieeelka tajemnica!) pochodzą z Flea Bottom, czyli mówiąc patriotycznie – z Zapchlonego Tyłka – i praw do zaszczytów (obiektywnie rzecz biorąc) nie mają żadnych.
Ale teatr to dobre miejsce, żeby nawet Króla UbuDubu ubrać w koronę i wprowadzić żenującą normalizację tego, co znormalizowane nigdy być nie powinno.
W teatrach i operach mają magazyny pełne koron z tektury, pięknie pomalowanych na złoto, z przyklejonymi na czubku błyskotkami, medalami i etykietami z tytułami naukowymi.
Widzowie się nabierają, bo te korony jak prawdziwe, a tytuły naukowe przydają królom z Zapchlonego Tyłka stosownej wielebności. Nie dziwię się zatem zmanipulowanej Publiczności prowadzonej przez biernych, miernych, ale wiernych (na szczęście nielicznych) apologetów dziedziców Zapchlonego Tyłka (z Gry o Tron naturalnie!) – w koronach z dykty.
Ale… Revenons a nos moutons, wracamy do naszych baranów, jak mawiają Francuzi…
Dlaczego Ewa Płonka zeszła z ceremonii ukłonów?… Prawdopodobnie nie życzyła sobie oświetlać swoją sławą, karierą i mistrzostwem pretendenta do ogrzania się przy jej blasku. Może po prostu nie miała ochoty podać ręki komuś, kto zastosował wobec świetnie przygotowanej Gwiazdy wstydliwe metody, które – jak widać – doskonale wyćwiczył, wcześniej tresując „zasób ludzki” (ptaszki ćwerkają, że tak ponoć nazywa podległych mu pracowników) – i odmawiając tym ludziom należnej im godności, pomimo że opłacają jego synekurę ze swoich podatków.
Ptaszki ćwierkają także, że niejednemu z nich złamał karierę, niejednego wyrzucił dyscyplinarnie z pracy, ustanawiając swoim postępowaniem nowy, feudalny model zarządzania instytucjami kultury i dziedzictwa narodowego (sic!) – jak plantacjami niewolników, pracujących za przysłowiową miskę ryżu – który to model PiS wprowadził w gumofilcach na polskie salony. Model to wstydliwy i prostacki, dawno powinien być zdemontowany przez następców – ale – o zgrozo – ma się znakomicie i jest ochoczo pielęgnowany przez organizatorów z partii podobno przeciwnej.
Ewa Płonka sobie na to wszystko nie pozwoliła. Pomimo krzyków (które było słychać na korytarzu pomimo zamkniętych drzwi) – którymi próbowano ją „zdyscyplinować do ugięcia karku”, pomimo naruszeń dobrych obyczajów, pomimo narażenia na szwank jej wizerunku i godności. Nie uwierzyła Królowi UbuDubu, że jej klasa artystyczna jest „dyskusyjna”. Pilnie zaśpiewała wszystkie zakontraktowane, wielogodzinne próby, z pełnym zrozumieniem odnosząc się do tego, że nie ma innego wyjścia, jeśli szefa muzycznego zobaczyła tylko na ostatnich kilku próbach głównych…
Wyszła na trzecie przedstawienie (dopiero wtedy jej pozwolono zaśpiewać), cudownie wykreowała swoją rolę, a potem po prostu odmówiła wspólnej celebracji własnego sukcesu z kimś, kto jej sukcesu nie tylko nie współtworzył, ale raczej starał się być jego głównym hamulcowym…
Ale teraz warto się zastanowić, dlaczego człowiek z batutą, który w mojej opinii, nie dorasta tej Śpiewaczce do pięt ani rozmiarem talentu, ani przede wszystkim przygotowaniem (jako kierownik muzyczny produkcji), doprowadza do skreślenia jej nazwiska z listy zakontraktowanych na premierę wykonawców głównych ról? Dlaczego daje wszystkim do zrozumienia, że Płonka „gwiazdorzyła” i „starała się niewystarczająco” (jak ochoczo donosi jedna z ulubienic inkryminowanego osobnika, która być może dzięki wzajemnej sympatii i zaangażowaniu, otrzymała w produkcji, o której mowa, partię, w mojej opinii, przekraczającą jej aktualne możliwości wykonawcze)?
Wszak każdy człowiek z batutą powinien być szczęśliwy, że w ogóle Płonka zdecydowała się z nim wystąpić, że dostępuje zaszczytu koprodukcji z prawdziwą Shining Star…i że może dla niej poprowadzić orkiestrę, bardzo się starając, z szacunkiem i uniesieniem. No właśnie. Dziwnie to wygląda. Prawda?
Ale wytłumaczę Wam, moi Czytelnicy, jak ten mechanizm działa…
Zwyczajowo, jeśli dyrygent nie dorasta talentem, lub przygotowaniem, do poziomu zaproszonych przez producenta gwiazd, to się go nie zaprasza, albo zwalnia.
Ale jeśli nikogo to nie obchodzi – to działa się zazwyczaj strategicznie: wszystkie zwykłe próby prowadzi asystent dyrygenta – nikt nie traktuje go specjalnie poważnie, a wszyscy czekają na kierownika muzycznego produkcji, pozostając w nadziei, że wraz z jego pojawieniem się na próbach, każdy z artystów będzie mógł zabłysnąć pełnią swojego talentu i wspaniałym rzemiosłem (bo przy wielkich osobistościach batuty każdy wznosi się na szczyt, a na próbach panuje zazwyczaj wielki wzajemny szacunek).
Co się jednak dzieje, kiedy na przykład, tuż przed premierą, na ostatnie kilka prób (być może, za gigantyczne, o wiele wyższe od pozostałych protagonistów przedsięwzięcia honorarium…) przyjeżdża nieprzygotowany, okazujący pogardę i prostactwo król UbuDubu? Każdy orze jak może, mili Państwo. Jedni negocjują, drudzy tłumaczą… A kiedy się okazuje, że to nic nie daje, gwiazdy zaczynają robić swoje, w nadziei, że kanał dopasuje się do sceny – bo nie będzie miał innego wyjścia.
No ale co wtedy, jeśli pretendent do zaszczytów, inkryminowany król UbuDubu nie chce zaakceptować braku służalczości utalentowanych i pewnych siebie artystów, których wpędzono kontraktami w jakąś trudną układankę – i jeśli drży w obawie przed ujawnieniem własnej niewystarczającej kompetencji (bo przy wielkich talentach ukryć się tego nie da)? Ano trzęsą mu się kolana! – ale maskuje to odpalając wielkie bomby. Np. skreśla tych najodważniejszych i bezkompromisowych, tym samym zastraszając utratą możliwości zaśpiewania i zagrania tych mniej odważnych, ale nie mniej utalentowanych, dla których kreacja i śpiewanie są jak tlen, bez którego nie mogliby żyć… Oni pragną śpiewać i dzielić się swoimi talentami z Publicznością – to ich dojmująca motywacja – więc wtedy pochylają głowy – i o tym, że król jest nagi, gadają w tylko w katakumbach i szeptem – i dlatego Publiczność o tym nie wie.
Nie wie także, że artyści to w większości niezbyt majętni, a właściwie biedni ludzie – i potrzebują zwyczajnie utrzymać się ze śpiewania, grania itp. – nie narażając się na „wymazanie” przez swoich własnych agentów, którym nie na rękę byłaby hardość i brak służalczości apologetów nagich królów.
Biedni – w przeciwieństwie do samych nagich królów, którzy – dziwnym trafem – zgromadzili przez lata piastowania partyjnych synekur, iście kuriozalne, niemożliwe w Wysokiej Sztuce do zarobienia, wielomilionowe zasoby na swoich kontach – i nawet nikt nie pyta, jak do tego doszło…
Lepiej nie pytać. Lepiej stać i klaskać – chowając w sercu prawdę na lepszy czas.
Krewni i znajomi Królika szepczą, że w Krakowie było i jest z pewnością intrygująco – i ciekawie… Bo tam, w klubie disco, kto dostał władzę, ten może zrobić wszystko. Nawet bez uprzedzenia wywalić z premiery gwiazdę, która była głównym wabikiem, koncentrującym uwagę na produkcji.
No ale dziedzice z Zapchlonego Tyłka i ich namiestnicy nie są jednak w stanie wyprodukować wystarczająco nieprzeziernej zasłony dla własnych hopsztosów. Nie zakorkują już chyba ust zmęczonym artystom, których trzymają na smyczach i w kagańcach zbyt długo.
Artyści zdecydowali się mówić jak jest – co zademonstrowała w Krakowie Ewa Płonka. Wykonała zakontraktowaną pracę, ale nie zgodziła się na brak wypowiedzi – i dlatego zeszła ze sceny, wtedy kiedy uznała, że ten gest powie więcej niż tysiąc słów. I tak się stało!
I ja, Lady Whistleblower Wam powiem – że czas, żeby wszyscy artyści sprzeciwili się niewolnictwu, w które ich wpędzono szantażem, że agencje na ich miejsce mają jakieś 100000 „nonejmów”, którzy się zgodzą na wszystko, a nawet dopłacą, byle móc zadebiutować, lub jeździć na występy do prowincjonalnych teatrów.
Ale o nich jeszcze sobie popiszemy… Idźmy powoli do konkluzji, moi drodzy Czytelnicy…
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prędzej, czy później każde szambo wybija…
Ewa Płonka chciała zaśpiewać w Polsce, bo dawno nie miała po temu okazji . Sentymenty spowodowały, iż zaufała, że warto wziąć udział w krakowskiej AIDZIE. Ale jej patriotyzm wykorzystano i zgwałcono.
Teraz, pewno prędko do Polski nie wróci. Na szczęście za chwilę będzie można pojechać do ROH na serię jej Turandot i na Nabucco z jej Abigaille do Deutsche Oper – tam lubi śpiewać i pracuje otoczona szacunkiem.
A może ktoś by ją zwyczajnie PRZEPROSIŁ…?
Moi drodzy Czytelnicy… teraz opowieść z tzw. bekstejdżu… Lady Whistleblower operę lubi, lubi teatr i lubi artystów. To widzi i wie to i owo. Więc… opowie o tym, czego nie widać, ale jest kluczem do zagadki w całej historii.
Wysoka Sztuka, moi Mili, trafiła pod zarząd profanów. Sacrum się tu raczej nie objawi. Zamiast cieplarni dla artystów, z zachowaniem najwyższych norm etycznych i szacunku, mamy areny rzymskiego Colosseum, gdzie jedynym celem są igrzyska dla plebsu. Nikt się tam nie certolił z komfortem osobistym gladiatorów: nie zostać zjedzonym przez lwa w zasadzie wystarczało do szczęścia. Kto zarzynał innych, żył dostatnio, choć czasem jednak niezbyt długo, bo kolejni pretendenci umieli wynajmować odpowiednich funkcjonariuszy, by zapewniać stosowną fluktuację „zasobu ludzkiego”, jak mawia jeden z moich wspomnianych wyżej ulubieńców. Więc powiadam Wam: to, co widać za kulisami oper, teatrów itp. różni się od rzymskiej areny wyłącznie niezarzynaniem gladiatorów. Jednak, aby przetrwać, muszą mieć co jeść i gdzie spać, opery i teatry to nie Ludus Magnus, gdzie zawodnicy otrzymywali wikt i opierunek za darmoszkę, bo o niewolników przysparzających plebsowi rozrywki dbał odpowiednio zainteresowany ich dobrą kondycją Lanista.
Dzisiejsi gladiatorzy, artyści, muszą dwoić się i troić, żeby zarobić grosiki na biedną egzystencję.
A że w Polsce oper i teatrów jak na lekarstwo, jeśli chcesz mieć bułeczkę z masełkiem – i jeśli masz odwagę, odporność psychiczną i talent ponadprzeciętny – wyjeżdżasz z Polski i prowadzisz życie torbacza hotelowego, którego pilotuje lepszy lub gorszy agent, który nie zawsze jest przyjacielem, ale swoją działkę bierze…
Zatem, jeśli masz talent i odwagę, jeśli ci się udało – nieczęsto wracasz do klatek frikfajtowych, w które zmieniono „rewolucyjnym modelem zarządzania” niektóre polskie teatry. Wybierasz przewidywalne, choć równie krwawe igrzyska poza krajem, bo przynajmniej tam nie toniesz w szambie pogardy. Jeśli masz dobre nazwisko i w miarę etycznego agenta, przynajmniej honorarium dostaniesz lepsze niż polski aktor, śpiewak – polski gladiator, który w Polsce nieprzyzwoicie, ale nawet bez mrugnięcia okiem, oklaskuje królów UbuDubu. Bo bez tego po prostu nie przeżyje.
Artyści powinni być Ewie Płonce wdzięczni. Może tym swoim już viralowym zejściem ze sceny powiedziała więcej prawdy, niż utrudzeni i przerażeni, milczący gladiatorzy, którzy uwierzyli, że są już tylko „zasobem” i że nie należy się im SZACUNEK.
Wasza Lady Whistleblower
Już niedługo kolejne doniesienia zza kulis. Bądźcie czujni!
P.S. Jeśli jakieś Ptaszki, lub Krewni i Znajomi Królika mają dla Lady Whistleblower wieści, które mogłyby stać się pożywką dla kolejnych ujawniających tajne i wstydliwe mechanizmy opowieści – piszcie do niej na mail : kontakt@ladywhistleblower.net
DYSKRECJA GWARANTOWANA!

Dodaj komentarz